Ostatni zeszłoroczny felieton zacząłem entuzjastycznym zawołaniem (przynajmniej, tak miało zabrzmieć): dość podsumowań, rozpamiętywania czasu minionego bezpowrotnie. Zakończyłem zaś życzeniami, aby marzenia się spełniły. Kiedy ponownie przeczytałem przywołany tekst, pojawiło się pytanie: ale co zrobić, żeby się ta sztuka udała? Jak postępować, aby będąc wolnym od obciążeń przeszłości, jednocześnie zapewnić sobie sukces w przyszłości?
Choć kilka świątecznych godzin w różnych konfiguracjach towarzyskich strawiłem zastanawiając się nad tym, nie udało się wypracować spójnej i choćby teoretycznie skutecznej recepty na szczęście, zdrowie i pomyślność, których życzyliśmy sobie wzajemnie przy wigilijnych stołach i noworocznych posiadach. Co więcej ujawnił się pewien relatywizm: marzenia jednych, dla drugich nie mają szczególnego znaczenia, z kolei pragnienia tych drugich, tym pierwszym jawią się jako wydumane, czasem wręcz głupie. Zatem jak to jest z tym szczęśliwym życiem?
Jesteśmy rozpięci pomiędzy skrajnościami. Dla mego sąsiada, pana Staszka, emerytowanego nauczyciela zawodu, szczęściem jest to, że jest zajęty. Dla niego największą karą byłoby wyłączenie go z aktywności. I nie rzecz w zarabianiu, czy dorabianiu do emerytury, bo p. Staszek potrzebującym, a mniej zasobnym, swe usługi świadczy darmo. A jak trzeba nawet kupi jakąś drobniejszą część na wymianę. Ot, taki serdeczny wolontariat… Z kolei idąc ulicą zasłyszałem, jak pewien młody człowiek, poruszony opowieścią o farciarzu, co wygrał w totka kilkadziesiąt tysięcy złotych, rzekł: „A co to za kasa!? Ja to chciałbym wygrać tyle, żebym do końca życia nie musiał pracować. Ale bym sobie wtedy użył…”.
Jak najdalszy jestem od uprawiania dydaktyzmu tak taniutkiego, że aż tandetnego i dlatego i p. Staszkowi i młodzianowi życzę, by mieli w życiu, czego pragną - dlaczego nie? Jednak znajomość życia uprawnia twierdzenie, że o ile p. Staszek już jest szczęśliwy, to marzyciel nigdy nim nie będzie. Myślę, że sekret bycia szczęśliwym tkwi w znalezieniu własnej realnej „technologii” osiągania tego stanu i mozolnym trudzie wdrażania go w czyn. Jednak przy bardzo istotnym założeniu, że sukcesu nie osiągnie się w sposób niegodziwy, szkodząc innym, lub też ich kosztem. Szczęścia nie bierze się znikąd, nie jest darem niebios, nie jest czymś przyrodzonym, nie jest też skutkiem darowizny uczynionej przez bogatego wuja z Chicago. By czuć się szczęśliwym, trzeba się nieźle natrudzić. W moim głębokim przekonaniu największym szczęściem jest bycie użytecznym i aktywnym w ważnych dla nas samych sferach. Życie dostatnie, ale służące tylko jego „użytkownikowi” jest jałowe i męczące. Ile można leniuchować!? Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!