Reklama

Siatkarzem być

16/09/2009 08:49

Nie być siatkarzem w ostatnią niedzielę, gdy Polacy zdobywali w Izmirze mistrzostwo Europy, to sportowe duże nieszczęście, a nawet więcej. Nie być siatkarzem tego dnia, to nie być wcale. Mimo wiary niezachwianej, ledwo dyszałem z emocji w czasie tego finału z Francuzami. A szkoda byłoby umierać, bo akurat tamtego wieczoru fantastycznie było żyć. Żyć i być polskim siatkarzem.

Sukces jest jak kablówka, każdy chce się podłączyć. W niedzielny wrześniowy wieczór (niech będzie zapisana ta data: 13 września) z każdym setem głębiej zapadałem się w kanapę i wsiąkałem w parkiet, wspominając czasy, gdy byłem siatkarzem. No, może nie byłem. Bywałem raczej. Ale to bywanie - 10 albo i 12 godzin wuefu tygodniowo w klasie sportowej - wystarczyło, by poznać smak siatkówki. Tę radość, gdy uda się ściąć, aż piłka w parkiet zadudni. Albo - co o niebo lepsze - uda się założyć blokiem taką czapę, że atakujący z przeciwnej drużyny aż w głowę oberwie. Wtedy to już adrenalina pod sufit. Choć rzadkie to były momenty. Fruwanie nad siatką to nie była moja specjalność. Za niski byłem, więc obrona raczej, plas, kiwka, precyzyjna wystawa. Chłopięca sportowa radość, wynikająca z faktu, że jest się drużyną. Przegrywa, wygrywa, walczy. .
Kiedy ostatni raz kopałem piłkę, na boisku? Nie pamiętam nawet. (Bieganie za psem, goniącym za piłką chyba się nie liczy). A kiedy grałem mecz w siatkówkę? Proszę bardzo - w zeszłym roku. Nawet udało się wygrać. Piłki siatkowej mogę miesiącami nie brać do ręki, ale kiedy wezmę, mogę być pewny - zawsze wyda mi się przyjaźnie znajoma. Ze wszystkich piłek świata najlepiej znam właśnie siatkową. Najlepiej pod palcami pasuje mi ten kształt. Spasował się z dłońmi przez te długie godziny w sali szkolnej sportowej (wtedy wydawała się ogromna), kiedy na świat patrzyło się przez białą kratkę siatki, a czujny wzrok nieustannie śledził mknącą pod sufitem szarą piłkę. Ech, zagrałoby się jeszcze...
Tylko czy by mnie „Dziura” do pierwszej szóstki wystawił? Konkurencja w klasie była przecież ostra. Robert Podgórzak, czyli „Cina” na pewno byłby kapitanem. (Przynajmniej do czasu, gdy nie złamał sobie nogi na narciarskim obozie w Rabce). „Cina” ścina! - mówiło się. Jak ściął, to nie było co zbierać. Kto jeszcze do drużyny? „Gawin”? „Suchy”? „Zagal”? No i Marcin Łyczywek. wtedy nie miał jeszcze swoich dwóch metrów, ale chyba mu już niewiele do tego wzrostu brakowało. Ale czy Marcin lubił grać? Tylko „Gauss”, choćby chciał i lubił, już nie zagra. Strach przyznać, już z naszej półki biorą. .
Piotrka Sołowińskiego ubiegłej jesieni spotkałem przypadkiem na otwarciu boiska w Wyszkowie. Czyli wciąż gdzieś się kręci w sportowych klimatach. Przykłada się do tej żmudnej, mało widowiskowej, choć zdrowej sportowej roboty. Oby jej końcowy efekt był taki, jak na obrazku w telewizji w niedzielę wieczorem albo na pierwszych stronach wszystkich gazet w poniedziałek: polskie chłopaki w biało-czerwonych koszulkach ze złotymi medalami na szyjach śmieją się pełną gębą. .
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości