Nie być siatkarzem w ostatnią niedzielę, gdy Polacy zdobywali w Izmirze mistrzostwo Europy, to sportowe duże nieszczęście, a nawet więcej. Nie być siatkarzem tego dnia, to nie być wcale. Mimo wiary niezachwianej, ledwo dyszałem z emocji w czasie tego finału z Francuzami. A szkoda byłoby umierać, bo akurat tamtego wieczoru fantastycznie było żyć. Żyć i być polskim siatkarzem.
Sukces jest jak kablówka, każdy chce się podłączyć. W niedzielny wrześniowy wieczór (niech będzie zapisana ta data: 13 września) z każdym setem głębiej zapadałem się w kanapę i wsiąkałem w parkiet, wspominając czasy, gdy byłem siatkarzem. No, może nie byłem. Bywałem raczej. Ale to bywanie - 10 albo i 12 godzin wuefu tygodniowo w klasie sportowej - wystarczyło, by poznać smak siatkówki. Tę radość, gdy uda się ściąć, aż piłka w parkiet zadudni. Albo - co o niebo lepsze - uda się założyć blokiem taką czapę, że atakujący z przeciwnej drużyny aż w głowę oberwie. Wtedy to już adrenalina pod sufit. Choć rzadkie to były momenty. Fruwanie nad siatką to nie była moja specjalność. Za niski byłem, więc obrona raczej, plas, kiwka, precyzyjna wystawa. Chłopięca sportowa radość, wynikająca z faktu, że jest się drużyną. Przegrywa, wygrywa, walczy. .Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!