Reklama

Siedlce przyjazne Happysad

Musi w nich być coś nośnego i chwytliwego, skoro ludzie chętnie przychodzą i bawią się na koncertach. Może melodyjność, może skoczność i śpiewność tych piosenek, a może suma tych wszystkich cech?

 „Czy mamy do czynienia z narodzinami nowego głosu pokolenia? Dopiero przyszłość pokaże. Jednak będąc na koncercie Happysad w wypełnionej po brzegi warszawskiej Proximie i słysząc, jak cała sala śpiewała niemal wszystkie teksty z zespołem - czułem, że dzieje się coś naprawdę ważnego”. To fragment recenzji Jordana Babuli, opublikowanej w 2005 roku w miesięczniku „Teraz Rock”. A przytaczam ją tylko dlatego, aby podkreślić, że przyszłość owszem, pokazała... Chociaż właściwie jest też inny powód. 

W zasadzie cały opis warszawskiego koncertu z 2005 roku pasuje jak ulał do marcowego koncertu Happysad w Sali „Podlasie” Anno Domini 2011. Zespół Kuby Kawalca odwiedza Siedlce regularnie - co dwa lata. Nie jestem wielkim fanem tej formacji (co nie znaczy, że jej nie szanuję, po prostu wolałbym zobaczyć w „Podlasiu” Farben Lehre), ale nie sposób nie zauważyć pewnej prawidłowości. Bilety na siedleckie koncerty Happysad zawsze sprzedają się jak świeże bułeczki. Jak oni to robią?

 - O to należy raczej zapytać naszych odbiorców. Dlaczego im sprawia przyjemność słuchanie piosenek, które, nie ukrywamy tego, są bardzo proste i mało skomplikowane? - mówi Kuba. Musi w nich być coś nośnego i chwytliwego, skoro ludzie chętnie przychodzą na koncerty i bawią się na nich. Może melodyjność, może skoczność, śpiewność tych piosenek, a może suma tych wszystkich cech? - Trudno mi powiedzieć. Ja sam wolałbym nie wgłębiać się w sferę naszego autorstwa i nie analizować, co dobrego jest w tej muzyce - dodaje wokalista Happysad. 

Są zespołem, ale też paczką kumpli, i to od dawien dawna, bo jeszcze z czasów liceum. Do tej pory w szeregach kapeli nastąpiła tylko jedna roszada personalna. Nowym nabytkiem w zespole jest Daniel Pomorski. Gra na: trąbce, klawiszach i akordeonie. Chłopcy lubią ze sobą przebywać na trasach, ale w studiu nagraniowym już mniej. Bo studio strasznie obnaża ich warsztatowe niedoskonałości. A tych jest - nie wstydzą się przyznać - trochę. Gdyby granie razem nie sprawiało im frajdy i gdyby nie umieli się ze sobą dogadać, zespół zostałby rozwiązany.

 - Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek ktoś na kogoś podniósł głos czy też się obraził. Znamy się na tyle dobrze, że nikt przed nikim niczego nie ukryje. Na koncertach jest wesoło, zabawnie, naprawdę mamy sporą frajdę z grania - mówi Kawalec. Są oczywiście i słabsze dni, kiedy ktoś ma chandrę. Tylko że ta chandra nie wynika z układów koleżeńskich w zespole, bardziej wpływa na nią otoczenie. 

Swoją muzykę określają mianem regresywnego rocka. Bardzo dziwne pojęcie, ale niech im będzie. Jak każdy zespół, nie lubią, gdy się ich porównuje do innych kapel. - Największą bzdurą, jaką słyszałem, jest to, że chcemy być na przykład drugą „Pidżamą Porno” albo drugim „Kultem” - mówi Kuba Kawalec. Podobne łatki przypina się wielu zespołom. Kuba czytał recenzje płyt zespołów Muse czy The Killers, w których dziennikarz sugeruje, że jeden chce być nowym U2, a drugi Queenem. On nie zna w tej branży osoby, która chciałyby być drugim kimś, a nie samym sobą. Nie zna muzyka, który świadomie rezygnowałby z własnych pomysłów, oryginalności czy własnego rozpoznawalnego stylu. - Moim zdaniem nikt nie chce być cieniem czy świecić światłem, odbitym od kogoś. Dlatego podobne stwierdzenia są trochę bez sensu - twierdzi wokalista Happysad. 

Ich ostatnia, czwarta płyta, „Mów mi dobrze”, pokryła się złotem. Materiał na nią w większości powstawał w lipcowe, upalne ranki i popołudnia. Pewnie dlatego jest tak radosna i energetyczna. „Mów mi dobrze” to zbiór 12 piosenek w klimatach, do jakich nas przyzwyczaili. Nie ma rozbudowanych form muzycznych czy popisów instrumentalistów, jest za to klasyczna budowa „zwrotka - refren, zwrotka - refren”. Konwencja, w której czują się najlepiej. 

I na koniec ciekawostka. Pewnie niewiele osób słyszało o tym, że Kuba grał kiedyś w amatorskiej lidze piłki nożnej. Jest fanem wszelakich sportów - od futbolu, przez siatkówkę i koszykówkę, po golf. W Skarżysku Kamiennej, skąd pochodzi, istniała swego czasu jedna z największych amatorskich lig w kraju. Kuba zaczął w niej grać jako 16-latek i kopał piłkę przez kolejnych 8 lat. Drużyna nazywała się „Arsenał” i Kawalec był jednym z jej najlepszych graczy.                                                                      

TOMASZ MARKIEWICZ               

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama