– Przed smrodem z tuczarni bronimy się już prawie trzy lata. Pomagało nam chyba z dziesięć instytucji. To żenujące, ale nadal nic się nie zmieniło. „Sucha mgła”, którą ja nazywam odorową kurtyną, wydaje się ostatnią deską ratunku – mówi wójt Czesław Marian Zalewski. Uciążliwa dla mieszkańców Sterdyni chlewnia działa od lata 2011 roku. Powstała w budynkach po Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej, przy ul. Spółdzielczej. Kupił je mieszkaniec powiatu płońskiego Wiesław U.
Najpierw wyremontowano stare budynki, a potem, pod osłoną nocy, przywieziono pierwszy transport świń. Mieszkańcom szybko zaczął przeszkadzać nieprzyjemny zapach z tuczarni. Postanowili protestować. Pod pierwszą petycją podpisało się sto osób. Byli wśród nich przede wszystkim mieszkańcy ulic: Tartacznej, Spółdzielczej i Lipowej. Sprawą zainteresował się Urząd Gminy.
JEDNA, CZYLI TRZY
Po krótkim czasie na fermie było już dwa tysiące świń. Właściciel tuczarni na uruchomienie takiej hodowli nie potrzebował specjalnych pozwoleń. Zgodnie z prawem, każdy rolnik indywidualny może hodować 2 tys. tuczników, bez zgody Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska, Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego czy Starostwa Powiatowego. Dopiero gdy planuje przekroczenie tej liczby, musi starać się o stosowne pozwolenia. Hodowla Wiesława U. szybko osiągnęła 6 tysięcy tuczników. Okazało się jednak, że Wiesław U. nie złamał prawa. Formalnie działały trzy oddzielne tuczarnie. Jedna należała do Michała U., druga do Magdaleny U. a trzecia - do Agaty U.
Całość artykułu można przeczytać w papierowym i e-wydaniu „TS” nr 3.
JUSTYNA PYCKA
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!