Obraz Świętego Stanisława, patrona Siedlec, w asyście władz miasta uroczyście przeniesiono ulicami Siedlec do sali obrad Rady Miasta. Tak właśnie w czwartek, 8 maja, rozpoczął się I Siedlecki Jarmark Św. Stanisława, który potrwał do soboty.
Ponad 15 tysięcy ludzi odwiedziło centrum Siedlec w ciągu dwóch dni Jarmarku św. Stanisława. To pierwsza tego typu impreza, która ma być już w naszym mieście tradycją. Opinie o jarmarku są mocno podzielone. Jedni są zachwyceni jego klimatem, inni mocno rozczarowani. Zadowoleni są na pewno wystawcy, którzy nocą musieli jechać do swych rodzimych miast (np. Białystok lub Toruń), aby uzupełnić towar! A to oznacza, że początek nowej tradycji na pewno był udany. Jarmark (od niemieckiego Jahrmarkt – targ doroczny), to rodzaj targu o znaczeniu ponadlokalnym. Wywodzi się ze średniowiecza. W tamtych czasach była to jedna z podstawowych form wolnego handlu. Jarmarki organizowano co roku, zawsze w stałym terminie. Najczęściej było to jakieś kościelne święto, bo przywileje świeckie i kościelne gwarantowały kupcom bezpieczeństwo osobiste i nienaruszalność mienia. Jak donosi Wikipedia, miejscowe władze miały obowiązek ograniczyć na czas jarmarku cechowy monopol sprzedaży i nadzorować prawidłowość dokonywanych transakcji (miary, wagi, ceny). Jarmarki trwały różnie - od jednego dnia do dwóch tygodni. Tam, gdzie je organizowano, miasta przeżywały rozkwit. Rola jarmarków zmniejszyła się w XVI wieku, wraz z pojawieniem się nowych form handlu, a potem także z rozwojem komunikacji. W Polsce najbardziej znanymi jarmarkami były targi w Gdańsku (od XIII wieku), Lwowie, Łucku, Grodnie, Wilnie, Jarosławiu, Przemyślu, Przeworsku, Krakowie, Sandomierzu, Kazimierzu Dolnym, Płocku, Toruniu, Lublinie. Współcześnie tylko nieliczne miasta zachowały swoje jarmarki, które pełnią jednocześnie rolę festynów. Najbardziej znanymi są: Jarmark Dominikański w Gdańsku i Jarmark Jagielloński w Lublinie. Siedlce chcą stworzyć swoją własną tradycję. Czy to się uda? - Przecież drzemie w nas tęsknota za zabawą, spotkaniami z ludźmi, za tymi „pierzastymi kogucikami, balonikami na patyku, cukrową watą” – prezydent Wojciech Kudelski zacytował znany przebój Janusza Laskowskiego. Na I Siedlecki Jarmark św. Stanisława przyjechało ponad 70 wystawców z różnych części Polski. Hitem okazały się... firany. Dwa stoiska (jedno z Siedlec, drugie z Białegostoku) były oblegane przez całe dwa dni. Szlagierem były także krówki i żelkowe cukierki. Przy stoiskach z miodem, chlebem, smalcem i wiejską wędliną ustawiały się długie kolejki. Dużym zainteresowaniem cieszyła się biżuteria, a stoiska z dziecięcymi, tandetnymi, typowo jarmarcznymi gadżetami także nie narzekały na brak klienteli. W centrum placu nie zabrakło eleganckich samochodów. Firma JASTRZĘBSKI SA – autoryzowany dealer marki Opel i Chevrolet , objął wyłączny sponsoring imprezy. - Będziemy sponsorować siedlecki jarmark co roku – zapewnia prezes Andrzej Jastrzębski. - Taka impreza powinna wpisać się w lokalną tradycję. Dużo zależy od nas samych, mieszkańców, czy nadamy jej sympatyczny charakter. Tegoroczny jarmark miał zdecydowanie rodzinny klimat. Jeśli impreza się przyjmie, do wspomnień z dzieciństwa wielu siedlczan zapewne dołączą kolorowe stragany i smak jarmarcznych słodyczy.
Na internetowych forach rozgorzała dyskusja, czy jarmark był udany, czy nie. Dyskutowali głównie młodzi ludzie. Dla wielu z nich była to „kicha” i „wiocha”. - Taka jest istota jarmarku: to festyn pełen kolorowego kiczu, chodzenia od straganu do straganu, wydawania pieniędzy na „duperelki” – tłumaczą bywalcy jarmarków. Muzycznym tłem siedleckiego święta były między innymi kapele ludowe, które także miały wprowadzić klimat radosnego odpustu. Drugiego dnia wystąpiły zespoły o mocniejszym i bardziej współczesnym uderzeniu. Okolicznościowy konkurs na najlepszy produkt siedleckiego jarmarku wygrała Piekarnia Ratuszowa swoim „chlebem marszałkowskim”. O laur zwycięzcy rywalizowały jeszcze: rzeźba, kiełbasa i smalec. Jak widać, przeważał akcent kulinarny nad artystycznym. Pierwszy siedlecki jarmark na pewno pozwoli wyciągnąć wnioski na przyszłość. Publiczność pokazała, czego oczekuje najbardziej. W cenie były produkty, których na co dzień nie smakujemy, i które mają wręcz egzotyczny posmak, mimo iż należą do „ludowych”. Chodzi o „swojskie jadło”, czyli wędzone domowe wyroby (ich cena była dwukrotnie większa niż produktów dostępnych w sklepach), pachnący wiejski chleb (bochny wielkości koła młyńskiego cieszyły się ogromnym wzięciem), smalec z kiszonymi ogórkami. Warto przypomnieć, że tego typu stoiska bywają także oblegane podczas Dni Siedlec czy Dni z Doradztwem Rolniczym. Ludzie chętnie też kupują to, co przydaje im się w domu. Na bark klienteli nie mógł narzekać sprzedawca... ostrzałek do noży. Podobnie panowie oferujący drewniane łyżki, widelce, deseczki. Najmniejszym powodzeniem cieszyły się wyroby artystyczne: nawet przepięknie malowane zastawy stołowe. Zdecydowanie zabrakło w tym roku staroci. „Pchli targ” to atrakcja każdego jarmarku! Kupowanie starych drobiazgów, wyszperanych na strychach i w piwnicach, nadaje niepowtarzalny klimat każdemu jarmarkowi. Ale, może w przyszłym roku... Mariola Zaczyńska
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!