Na nocne krzyki za oknem reaguję standardowo – rosnącą irytacją. Kiedy w ostatni czwartek koło północy zasypiałem przy dobiegającym z ulicy gromkim skandowaniu: „Sędzia, sędzia - …uj, sędzia, sędzia – …uj”, zupełnie mnie to nie wzburzyło. Kibolskie wrzaski, strach przyznać, okazały się wrzaskami osobliwie kojącymi. Mecz Polska – Austria skończył się zaledwie przed godziną i sam miałem ochotę pokrzyczeć. Ganiłem się w myślach za to nikczemne pragnienie, ale ganiłem niedługo. Kiedy dowiedziałem się, że premier Donald Tusk miał ochotę zabić sędziego, dałem sobie rozgrzeszenie. Ostatecznie - gdzie mi tam do premiera! - nie chciałem zabijać, pokrzyczeć tylko.
Skandujący pod oknem kibice wracali, jak zgaduję, znad siedleckiego zalewu, gdzie wspólnie oglądali mecz. Głośnymi krzykami odreagowywali decyzję arbitra o podyktowaniu rzutu karnego. Decyzja - którą premier określił jako szpetną - można nazwać także: dyskusyjną, wątpliwą, sporną, kontrowersyjną, problematyczną, decyzją małej urody albo decyzją do bani. Jak zwał, tak zwał. Liczył się fakt, że decyzja sędziego Howarda Webba okazała się decyzją ostateczną i rozstrzygającą. W ostatniej chwili zwycięstwo zmieniło się w remis, który stał się przegraną.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!