Z tarasu baru McDonalda, gdyby stał tam wtedy, byłoby ich bardzo dobrze widać. Piątacy biegną, ile sił w nogach. Pochyleni zbiegają z pagórka. Ziemia drży od ich kroków. Pobrzękuje ekwipunek, szeleszczą mundury. Za ich plecami płoną domy Igań. Czoło kolumny, najeżone ostrzami bagnetów, celuje w most na Muchawce. Obok kolumny piechurów 5. pułku (czarne kaszkiety z błyszczącymi orłami, grantowe kurtki, przepasane żółtymi pasami, białe pantalony) jedzie na swoim siwoszu generał Ignacy Prądzyński. Obiecał im zwycięstwo. Na wyciągniętym przed sobą pałaszu trzyma, jak chorągiew, swoją czapkę. Jeszcze minuta, dwie, może trzy i rozstrzygną się losy igańskiej bitwy. Warto zapamiętać tę chwilę. Był to jeden z najpiękniejszych w naszej historii ataków na bagnety.
Rosjanie, którzy w pogoni za 8. pułkiem zapędzili się na pola na południe od Igań, spostrzegli swój błąd i pośpiesznie wracają. “Ale już się jegrzy zanadto spóźnili; nie mogą uprzedzić Prądzyńskiego, który znowu ze swojej strony nie zdoła całej kolumnie rosyjskiej powrotu zagrodzić” – zapisze po latach w swoim pamiętniku generał Ignacy Prądzyński. – “Dochodząc do szosy, blisko grobli na Muchawcu nastąpiło spotkanie. Masa Polska całą swoją siłą, zwiększoną rozpędzonym biegiem, uderza w kolumnę zbyt długą nieprzyjacielską.”
Moskale, odcięci od swoich głównych sił, stojących na pagórkach za Muchawką, po krótkim oporze składają broń. Bitwa pod Iganiami jest skończona. Jest godzina siódma wieczorem. (Według obecnych standardów ósma. W czasach powstania listopadowego czas letni nie był znany.) Na pobojowisku zapada ciemność.
Długi dzień
10 kwietnia 1831 roku był dla generała Ignacego Prądzyńskiego i jego żołnierzy bardzo długim dniem. O świcie wymaszerowali z Wodyń. Brnąc w błotnistych wiosennych drogach, kierowali się w stronę Siedlec. Po drodze stoczyli kawaleryjską potyczkę pod Domanicami. O pierwszej po południu, utrudzeni marszem piechurzy skryli się w zaroślach na skraju lasu (jego granica znajdowała się prawdopodobnie wówczas bardziej na północ niż obecnie) między Żelkowem a Iganiami. Dwie godziny później, widząc wycofujące się za Muchawkę rosyjskie oddziały, Prądzyński zdecydował się rozpocząć bitwę.
Droga z Żelkowa, miejsce bitwy
Droga z Żelkowa, którą szły na Iganie wojska Prądzyńskiego, wciąż istnieje. Biegnie grzbietem niewielkiej wyniosłości. Wtedy polna, później kanciasto wybrukowana, dzisiaj – równa i asfaltowa od strony Żelkowa, byle jak połatana asfaltem pod Iganiami, wspina się i spada między niewielkie pagórki. Kto nią maszeruje od strony Żelkowa, ma po prawej za Muchawką ładny widok na Siedlce. Z żadnej strony miasto nie wygląda tak malowniczo. Zabudowania Igań (zwanych dzisiaj Starymi), leżą na wprost na prawo od drogi. Po lewej stał wtedy tylko dwór, zbudowany w 1828 r. przez Antoniego Cedrowskiego. Ten jedyny świadek bitwy 1830 r., stoi zresztą do dzisiaj. Jest malowniczą, romantyczną ruiną. Bardziej na lewo (wciąż patrząc od strony Żelkowa), na najwyższym wzgórzu, stał w 1830 r. wiatrak. Dowodzona przez Sieversa rosyjska konnica, zajęła stanowiska właśnie między wiatrakiem a dworem. W zabudowaniach wsi obsadziła się rosyjska piechota.
Rosyjskie armaty
Rosjanie mieli w Iganiach cztery armaty. Znacznie więcej, bo aż 28, stało ich za rzeką, na wschodnim brzegu Muchawki. Ostrzał zza rzeki bardzo dawał się we znaki zwłaszcza 8 pułkowi, znajdującemu się na prawym skrzydle polskiego zgrupowania. Większość z polskich strat, które wyniosły w bitwie pod Iganiami kilkuset żołnierzy, to właśnie skutek ostrzału zza Muchawki. Tym dotkliwszy, że Rosjanie strzelali, sami nie będąc narażeni na ostrzał. Armaty Bema były zbyt małe, by mogły skutecznie razić teren za rzeką. “Bateryie rosyjskie z poza Muchawca, zbliżywszy się, o ile tylko mogły, do brzegów rzeki, poczęły sypać grad pocisków, krzyżujących się po całej równinie, rozciągającej się między krzakami a Iganiami” – zanotował Prądzyński.
Gdzie więc stały rosyjskie armaty? Skoro zbliżyły się “ile tylko mogły” do brzegu rzeki, to znaczy, że znalazły się niemal na skraju moczarów, otaczających Muchawkę. Na zabagnione łąki nie wjechały, bo byłby się w nich utopiły. Te najbliżej szosy stały zapewne tam, gdzie dzisiaj jest “Topaz” i zajazd Hetman. Może nieco wyżej, na parkingu Topaza. Pozostałe carskie baterie miały stanowisko na skraju obecnego zalewu, którego oczywiście wtedy nie było, być może grzmiały i dymiły na dzisiejszej plaży albo na ścieżce rowerowej, ciągnącej się daleko aż do stanicy. Albo ciut wyżej, gdzie stoją już pierwsze domy i bloki.
Iganie Nowe, Iganie Stare
W 1831 r. istniały tylko jedne Iganie, te, zwane obecnie Starymi, dobrze widoczne od południa, od strony Żelkowa, ale przed okiem jadących dawnym Traktem Brzeskim, czyli szosą z Siedlec do Warszawy, dobrze ukryte. Tu, gdzie obecnie stoją domy, wille, hurtownie i warsztaty Igań Nowych, w 1831 r. był las. Jego pozostałością są sosny, rosnące tu i ówdzie, między innymi przy pomniku bitwy 1831 r. W lesie stała karczma Wesoła. W którym miejscu? Tego nie udało mi się doczytać. Karczma była zapewne pierwszym budynkiem, który stanął przy nowo wybudowanym – w latach 1819-1823 – Trakcie Brzeskim. Bity trakt z Warszawy przez Mińsk Mazowiecki i Siedlce do Brześcia (do dziś z niego korzystamy) był jednym ze sztandarowych pomysłów gospodarczych Królestwa Polskiego. W zamierzeniu pomysłodawców i budowniczych – Stanisława Staszica i ministra skarbu Franciszka Ksawerego Druckiego-Lubeckiego trakt miał stać się drogą handlową na wschód, połączeniem Królestwa Polskiego z Cesarstwem - warunkiem rozbudowy polskiego przemysłu. W 1831 r. stał się jednak – od Wawra, przez Dębe po Iganie – głównym szlakiem polsko-rosyjskiej wojny.
“Dochodząc do szosy…”
Opisując miejsce decydującego starcia, Prądzyński nie jest precyzyjny. Pisze: “Dochodząc do szosy, blisko grobli na Muchawcu nastąpiło spotkanie.” Należy więc rozumieć, że do morderczego boju doszło nie na samej grobli, czyli też nie na szosie, ale nieco przed nią. W którym miejscu? Rosjanie biegli z południa, mniej więcej z tego kierunku, jaki wytycza dzisiaj obwodnica. Gdyby wtedy istniała, najwygodniej byłoby biec Moskalom, właśnie obwodnicą. Prowadzona przez Prądzyńskiego kolumna piątaków nadbiegła z południowego zachodu, mając za placami płonące domy Igań (dzisiaj zwanych Starymi). Piątacy nie biegli przez pola (gdzie dzisiaj są stacja Orlenu i warsztaty obsługi samochodów), lecz drogą i kierowali się wprost na most.
Mordercze spotkanie obu wojsk nastąpiło gdzieś na tej drodze, która jeszcze niedawno była wygodnym skrótem, pozwalającym zjechać z obwodnicy w stronę młyna i mostu, a która dzisiaj (po wybudowaniu ronda) jest tylko ślepym dojazdem do młyna i hurtowni. Tam w krótkim, gwałtownym boju “bagnety i kolby odegrały główną rolę”. Być może stało się to na tym dużym parkingu przed stacją BP. Albo tuż pod młynem, którego w 1831 roku nie było. Obecny murowany młyn ma, jak się doczytałem, ponad sto lat. Na jego miejscu stał podobno wcześniej młyn drewniany. Ani we wspomnieniach Prądzyńskiego, ani na mapach nie znalazłem jednak śladu po tej budowli. Gdyby w czasie bitwy młyn istniał, ten fakt zapewne nie pozostałby nieodnotowany. Zbyt blisko leżał miejsca, w którym doszło do rozstrzygającego starcia, zbyt wielkie miałby znaczenie militarne, aby – istniejąc – został zignorowany.
Siedlce, Siedlce!
Wojska rosyjskie, wiosną 1831 pokonane na przedpolach Warszawy pod Wawrem i Dębem Wielkim, znalazły się w rozsypce. W ręce Polaków wpadł bezcenny dokument. Dzięki pismu, znalezionemu przy zabitym ordynansie Rosena, Polacy poznali plany głównodowodzącego Dybicza. Po zimowym starciu pod Olszynką Grochowską zrezygnował on ze zdobywania Warszawy od czoła. Zamierzał przeprawić się przez Wisłę na południu, w okolicach Ryk. Rosenowi nakazywał więc za wszelką cenę utrzymać Siedlce, w których znajdowały się: amunicja, broń i zaopatrzenie dla armii. Utrata Siedlec oznaczałby, że Rosjanie musieliby wycofać się z Królestwa Polskiego aż za Bug i stamtąd ponownie organizować swoją ofensywę.
Skoro tak, Polacy bezwzględnie powinni Siedlce zająć. Co szkodzi Rosji, jest dobre dla Polski. Prądzyńskiemu udało się przekonać do planu głównodowodzącego generała Jana Skrzyneckiego. Siedlce miały zostać zdobyte, odcinając drogę powrotu zarówno Dybiczowi, jak i cofającym się traktem brzeskim oddziałom rosyjskim. Dzięki zwycięskiej bitwie pod Iganiami i opanowaniu mostu na Muchawce, droga na Siedlce stała przed Polakami otworem.
Kiedy po skończonym boju od strony Warszawy nadciągnął wreszcie spóźniony wódz naczelny Jan Skrzynecki, Prądzyński powitał go pełnym zapału okrzykiem: “Siedlce! Siedlce!” Wzmocnione siły polskie mogły pokusić się o zajęcie miasta. “Gorączka z ciebie, dosyć na dzisiaj” - odpowiedział wódz. Prądzyński był tylko podwładnym, nie do niego należała decyzja. Strudzony całodziennym bojem, owinął się płaszczem i zasnął szałasie.
Dwa dni później Dybicz, idąc od południa, wszedł do Siedlec. Był to przełomowy moment powstania. Polacy utracili taktyczną inicjatywę. Nie udało się jej już powstaniu odzyskać.
“Te wszystkie k… są nasze!”
Polsko-rosyjskie zmagania na polach pod Iganiami i w samej wsi trwały od trzeciej po południu do siódmej wieczorem (według czasu letniego: od czwartej do ósmej). Toczyły się ze zmiennym szczęściem. Polacy zdobyli Iganie. Zza Muchawki nadeszły jednak świeże, doborowe oddziały tzw. lwów warneńskich, wsławionych dwa lata wcześniej zwycięstwem nad Turkami. Odbiły wieś i, wchodząc klinem od strony Muchawki, rozciągnięte szeroko, zaczęły spychać polski 8. pułk na pola poza wieś. Carskie armaty zza rzeki zamilkły, by nie razić swoich jegrów. Konnej artylerii Józefa Bema, która walnie przyczyniła się do zwycięstwa, kończyła się amunicja. Moment był krytyczny, Prądzyński zdecydował się działać. Zebrał piechurów 5. pułku. “Tę kolumnę jegierską wskazuje Prądzyński pałaszem swoim piątakom i przemawia do nich w te słowa: “Dalej, wiara, za mną żwawo, a zwłaszcza ani razu nie strzelić, a ja wam zaręczam, że te wszystkie k… są nasze!” – zanotował później w pamiętniku Prądzyński.
Wykropkowane “k…” to “kpy”, wyraz wtedy wielce obelżywy. – “Doskonale wiarusy zrozumieli te słowa, który cały pułk mógł dosłyszeć, ponieważ dla przejścia przez wieś, bataliony zbliżyły się i prawie jedną uformowały masę. Przed jej impetem wywracają się płoty wsi. Napotkani w niej tyralierzy rosyjscy, po drodze wykłuci, ani na chwilę biegu tej groźnej kolumny nie wstrzymują. Wychodząc z Igań, już ona pędzi tak, że wódz porządnym kłusem jechać musiał i posłuszna na jego głos, ani jednego nie daje strzału. Prądzyński, czując brak chorągwi, w tak stanowczej chwili, ażby go jakkolwiek zastąpić, unosi na końcu pałasza swoję czapkę i robi z niej znak zbioru i zwycięstwa.
Tymczasem jegry spostrzegli się, jakie im grozi niebezpieczeństwo. Zatrzymują swoję pogoń za prawym skrzydłem, chwieją się niepewni, co począć, robią front i rozpoczynają ogień na kolumnę Prądzyńskiego. Ale widząc, że ten ogień żadnego wrażenia nie robi na Polakach, których postęp coraz dla nich staje się zgubniejszym, obracają się jeszcze w prawo i nuż cwałem biegną ku grobli. Były to prawdziwe wyścigi między kolumną rosyjską a polską, które w tym biegu coraz się bardziej do siebie zbliżały. (…) Tam, gdzie Polacy uderzyli, nastąpiło zmieszanie się i bój krótki, ale nader morderczy, w którym bagnety i kolby główną odegrały rolę i który miejsce to trupami rosyjskimi zasłał. Przodkowa część kolumny schroniła się przez groblę za Muchawiec. Cały zaś jej ogon, odcięty od grobli, po krótkim oporze, złożył broń i poszedł do niewoli. Piąty pułk, uniesiony swoim zwycięstwem, zapędził się za uciekającymi na groblę i aż poza most.”
Warto zapamiętać tę kwietniową chwilę. W tym powstaniu nie będzie już piękniej.
Autorem tekstu i zdjęć, zrobionych w Iganiach i okolicy, jest Dariusz Kuziak.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!