Olimp jest zbulwersowany. W orszaku Apolla zamieszanie. Terpsychora, roztrącając inne muzy, bezpardonowo przepycha się do przodu. Bogowie patrzą z niesmakiem, przerywając konsumpcję ambrozji. Nieczęsto mi się to zdarza, ale tym razem podzielam to boskie zgorszenie. Kto to widział, żeby taneczna hurysa tak się wywyższała! Przez tysiąclecia muza tańca znała swoje miejsce w szeregu – za Klio, Uranią, Melpomeną. Teraz idzie na przebój. Oglądalność ma ogromną, widownię młodą i wciąż rosnącą. Taka jest prawda czasu i prawda ekranu – nie być tancerzem, to być nikim.
Nic już ludzkości po składaczach lirycznych rymów, przeminęła chwała średniowiecznych trubadurów. W galeriach się skryli holenderscy malarze, drobiazgowi detaliści, w bibliotekach – epicy o rozmachu szerokim jak ocean: Dumas, Tołstoj, Sienkiewicz, Mann. Nawet kino, dla Lenina najważniejsza ze sztuk, nie wytrzymuje konkurencji. Młode pokolenie potrafi, gdy trzeba, odpuścić sobie film, programu „You Can Dance” nie odpuszcza nigdy. Najkrótsza droga do raju celebrytów, czyli ludzi znanych z tego, że są znani, prowadzi przez parkiet. Jajogłowe zagadnienie „Jeśli nie Oxford, to co?” wyszło z mody. Pytanie na dzisiaj brzmi: „Jeśli nie Broadway, to co?” Pokaż w telewizji „zespół zjawisk ruchowych, będący transformacją ruchów naturalnych, powstający pod wpływem bodźców emocjonalnych, zazwyczaj skoordynowany z muzyką” (tak brzmi definicja tańca), a świat pokaże ci wszystkie swoje cuda – łaskawy monarcha przyjmie cię na audiencji, błazen przeprowadzi z tobą wywiad, a kupiec zaproponuje występ w reklamie. Śpiesz się, by wykorzystać swoje trzy minuty (bo nawet nie pięć). Na parkiecie już zgrabnie pogibuje gwiazda następnego show. Telewizyjna fabryka osobliwości pracuje nieustannie - na trzy zmiany i pięćset pięć kanałów. Taniec z gwiazdami. Taniec parami. You Can Dance. Gwiazdy tańczą na lodzie. Gwiazdy tańczą pod lodem. Po prostu tańcz. „High School Musical”. Dawno, dawno, kiedy w telewizji był program „Wielka gra”, Terpsychora stała w drugim szeregu, muza poręczna i pożyteczna (zwłaszcza na wieczorkach zapoznawczych), ale drugorzędna. To prawda, trafiały się niewyżyte osobniki, którym po obejrzeniu „Dirty Dancing” nogi zaczynały jakby żywiej podrygiwać i zapisywali się na kurs tańca. Na studniówkę jak znalazł. Podobnie było zapewne, kiedy do kin weszła „Deszczowa piosenka”. Ale towarzyskie podrygiwanie na parkiecie zamiast podpierania ścian to jedno, medialna elekcja tańca na króla sztuk wszelakich to coś innego zupełnie. Ale cóż zrobić, gwiazdy są gwiazdami, bo tańczą. Śpiewają jeszcze, ale śpiewają coraz cieniej, a tańczą – na potęgę. Co nie tańczy – nie istnieje. Taniec wyraża istotę naszych czasów: nie pokrywa się bibliotecznym kurzem, nie zalega w magazynach muzeów, nie zajmuje miejsca ani czasu, raz skończony, przepada na zawsze. Ogląda się go zgrabnie i lekko, a mózg można zostawić w szatni. Dariusz KuziakChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!