Reklama

To był maj

12/05/2009 12:11

Była połowa maja 1989 roku. Wędrując z Maurycym przez uśpione Siedlce, zatrzymaliśmy się na chwilę przed sklepową witryną. Z mroku bramy wychynęła staruszka, pytając, czy my do kolejki do mięsnego. Bo jeśli tak, to musimy wiedzieć, że ona jest pierwsza. Tylko schowała się w bramie, bo tam cieplej. Uspokoiliśmy ją, że my nie do kolejki. Otuliła się płaszczem i wróciła do bramy. Była druga w nocy.


Kto w to dzisiaj uwierzy? Sam bym nie uwierzył, gdybym wtedy nie zapisał. Skoro przymierzamy się do rocznicowego bilansu ostatniego 20-lecia, wspomnieć wypada nie tylko wielkie słowa 1989 roku: wolność, niepodległość, demokrację, ale także takie wstydliwe, mięsno-garmażeryjne epizody.
Nie tylko z politycznymi pryncypiami PRL była na bakier. Była krajem, w którym z dnia na dzień zwyczajnie coraz trudniej było żyć. W kranach na czwartym piętrze woda leciała dopiero przed północą. Tak marne było ciśnienie w wodociągach. Zimą świeczki i zapałki trzymano pod ręką, bo nie było pewności, kiedy i na jak długo elektrownia wyłączy prąd. – Pani profesor, nie napisałem wypracowania, bo nie było światła – w liceum było to nierzadkie, i całkiem wiarygodne, tłumaczenie. Na „malucha” na przedpłaty czekało się najmarniej pięć lat. Telefon był, z grubsza licząc, jeden na klatkę schodową, w co dziesiątym mieszkaniu. I podania o przydzielenie numeru można było pisać bez końca. Odpowiedź z urzędu zawsze brzmiała tak samo: centrala jest za mała.
Staruszka wyczekująca w bramie pod sklepem mięsnym, ciemne miasto, okresowy brak wody. To były najprawdziwsze, najbardziej realne problemy. A o czym rozmawialiśmy tamtej nocy? O czym dyskutowaliśmy, wędrując między akademikami - bo trwały akurat Jackonalia i byłem w Siedlcach na gościnnych występach - z imprezy na imprezę? O czym rozmawialiśmy między akademikiem na Bema i akademikiem na 3 Maja? Gdybym nie zapisał, nie wiedziałbym. Ale szczęśliwie zapisałem. Mieliśmy wówczas mały bieżący polityczny dylemat. Z dzisiejszego punktu widzenia – malutki, całkiem malusi dylemacik, niewart zmarszczki stylu w historycznych dziełach. Ale wtedy wyglądał poważnie: NSZZ Solidarność została zalegalizowana,
o naszym NZS-ie zapomniano, odłożono nas, studentów, na później. I troszkę poczuliśmy się wykiwani, ździebko byliśmy rozgoryczeni. Bo wmanewrowano nas w głupią sytuację - strajkować i walczyć o legalizację niezależnego studenckiego związku? Wichrzyć akurat teraz? Trzy tygodnie przed wyborami, które być może rozstrzygną o wszystkim? Czy to nie będzie na rękę czerwonym? I przeciwko komu byłby taki strajk? Skończyła się etyka solidarności, zaczęła się polityka. Mieliśmy dylemat.
Ile było przez 20 lat takich konwersacji? Ile pryncypialnych, bezkompromisowych sporów, stoczyliśmy w Polsce przez te dwie szalone dekady?
O religię w szkołach, Wałęsę, aborcję, dziadka z Wehrmachtu, lustrację, Palikota, ubeckie emerytury, listę Wildsteina, Olina, magistra Kwaśniewskiego. Kłamstwem byłoby uznać, że były to kłótnie bez sensu. Choć niewątpliwie, trochę pary poszło w narodowy gwizdek. Ale nie ma co żałować. Ten gwizd też nam się należał.
Tamowana przez dziesięciolecia, a uwolniona w 1989 roku społeczna energia była tak ogromna, że wystarczyło jej nie tylko na widowiskowe sprzeczki, zwady i zajazdy. Miała wystarczającą moc, by poprawić ciśnienie w kranach, urządzić iluminacje miast, założyć telefony i dokumentnie zapchać samochodami wszystkie parkingi. A babcia - jeśli dożyła - może sobie pospać.
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości