A teraz to wszędzie widzę van Goghi. Płomiennie żółty krzak forsycji pod blokiem – van Gogh, kaczeńce na rozlewiskach Bugu, na zielonej łące pod błękitnym niebem – van Gogh, kwitnące sady pod miastem, wypisz wymaluj – van Gogh. Dziewczyna, stojąca przed oknem – Vermeer. Ale Vermeer to wyjątek. Bo przeważnie widzę van Goghi. Tak mi się porobiło po tym Amsterdamie. Nawet nocne niebo, zadzieram głowę i widzę – van Gogh. Van Gogh jak w mordę strzelił!
Myślałem, muzeum jak muzeum: „Słoneczniki”, „Irysy”, autoportret w żółtym słomkowym kapeluszu, obcięte ucho, cyprysy przy pszenicznych polach. I wszystko, czego można było oczekiwać, w amsterdamskim muzeum istniało, jak należy na ścianach wisiało. Ponad tą albumową, obliczalną wystawą, była jednak jeszcze jedna, niespodziewana, podniebna. Wystawa nad wystawami, można powiedzieć, wystawa zajmująca wyższe piętra: „Van Gogh i kolory nocy”. Tam w przytulnie zainscenizowanym mroku działy się malarskie cuda zupełne. Kto na obrazach Halsa doliczył się 27 odcieni czerni, mógł malować noc we wszystkich kolorach. I Vincent malował! Oto „Nocna kawiarnia”, kawiarnia, w której północ już minęła, gdzie kolorowe wnętrze rozświetlają lampiony. Oto „Gwiaździsta noc nad Rodanem” - gwiazdozbiór Wielkiego Wozu na zielonkawoniebieskim niebie. Oto „Taras kawiarni w nocy” (jedyna kopia w tym doborowym towarzystwie): granatowe i fioletowe szczyty domów stoją pod ciemnoniebieskim, wygwieżdżonym niebem. Ile usłyszeć można, kiedy staje się zupełnie cicho. Jak kolorowo robi się wtedy, kiedy zaczyna się zmierzchać i zapada zmrok! Aby malować w ciemnościach, Vincent van Gogh mocował świece na rondzie swojego kapelusza. Mieszkańcy Arles, widząc świetlną koronę nad jego głową, brali go za pomylonego. Przy „Gwiaździstej nocy” przypomniał mi się opis ze „Sklepów cynamonowych” Brunona Schulza: „Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmienną, na której spiętrzyły się fantastyczne lądy, oceany i morza, porysowane liniami wirów i prądów gwiezdnych, świetlistymi liniami geografii niebieskiej”. Zobaczyłem, zachwyciłem się, wróciłem… Wróciłem i nie mogę się nacieszyć - co za szczęśliwa, van Goghowska pora roku panuje nad nami: intensywna, świetlista, malowana z rozmachem, z odrobiną szaleństwa. Końcówka kwietnia - początek maja, przedzielone szaloną nocą Walpurgii. To by się, myślę, Vincentowi podobało: te świetliste poranki, dramatyczne zachody słońca, młoda zieleń brzóz, furia wiosennych kwiatów. Już go widzę, jak w słomianym kapeluszu biega po rozlewiskach Bugu za Morzyczynem. Rozstawia sztalugi i stojąc w kaloszach wśród kaczeńców maluje z rozmachem, równo kładąc pasma zieleni, żółci i błękitu. Dariusz KuziakChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!