Reklama

W temacie Lech

01/07/2008 12:37

Napięta sytuacja bieżąca ostatnich dni stawia przed nami wyzwanie: opowiedzieć się za Lechem (przeciwko Bolkowi) czy za Bolkiem (przeciwko Lechowi). Najwygodniej czują się ci, którzy od dawna wiedzieli, że Wałęsa to agent, oraz ci, którzy w istnienie agentów nie wierzą i esbeckich papierów nie przyjmują do wiadomości. Reszta błąka się w niepewności.

Ale i dla reszty jest nadzieja. Dylemat: Lech czy Bolek, może okazać się dylematem pozornym. Być może wcale nie musimy wybierać. Niewykluczone, że zamieszanie spowodowane książką Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” zostanie przystępnie wyjaśnione za sprawą jednej ze słynnych Wałęsowskich reguł logicznych. Może formułą: „za, a nawet przeciw” albo: „nie chcem, ale muszem”? W ostateczności – nieśmiertelną frazą o plusach dodatnich i plusach ujemnych. Wszystko jest możliwe. Nawet to, że koniec końców usłyszymy, że Bolek może i był agentem, ale „w ramach innej filozofii”.
Zaczynem nowej formuły objaśniającej, co niejasne, są być może ostatnie słowa Lecha Wałęsy, wypowiedziane na antenie radiowej „Trójki”: „Róbcie, co chcecie! Chcecie powiedzieć, że jestem agentem? No, to dobrze, cieszcie się, że jestem agentem. Agenci przewrócili komunizm, oddali wam w ręce, a wy nie wiecie, co z tym zrobić. Chwała agentom!” Nic dziwnego, że zirytował się nasz prezydent (były). Bo ileż można? Od lat znamy tę śpiewkę - o tym, że agent Wałęsa nie przeskoczył do stoczni przez żaden płot. To SB podwiozło go NRD-owską motorówką. (Choć w tej kwestii, zdaje się, obowiązuje ostatnio poprawka: nie SB motorówką, tylko ORMO kajakiem.) Różne pogłoski w temacie Lech między ludem chodziły. Ale pogłoski pogłoskami, a ponad 700 stron licząca, z krwiożerczą pasją napisana, kniga to jest jednak - tak jest – zupełnie nowa jakość. Walić cegłą rozmiarów encyklopedycznych w człowieka, który zachwycił świat przechwałką, że żadnej książki w życiu nie przeczytał, to jest, przyznajmy – zachowanie nie całkiem fair. Ale jak się chce kogoś na amen załatwić, to się w metodach nie przebiera. Bądźmy jednak dobrej myśli. Sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. A jeśli nawet jest beznadziejna, to tym lepiej. W sytuacjach beznadziejnych Lech sprawdza się idealnie. (W grudniu 1970 r. nie pracowaliśmy w Stoczni im. Lenina. I nie nas SB wzywało wtedy na przesłuchania. Teraz mądrych i odważnych pełno. Wtedy trzeba było się mądrzyć.)
Lech Wałęsa to jest kawał naszej wspólnej narodowej historii. Co najmniej od dnia, gdy zobaczyliśmy, jak monstrualnym długopisem podpisuje ostatniego dnia sierpnia 1980 r. pamiętne porozumienie. A w historii, wiadomo, jak to w historii – różnie bywało. Jednego dnia na rękach byśmy Lecha nosili, drugiego - wyrzekaliśmy, żeby nam Wielki Elektryk z oczu zszedł. Lekko nie było. Lekko nie było, bo ciężko wytrzymać trzydzieści prawie lat z facetem, który zawsze – literalnie: zawsze – ma rację, ani jednego błędu w życiu nie popełnił i wszystko wiedział na dziesięć kroków naprzód. W ogóle, jak mówi Pismo, ciężko być prorokiem we własnym kraju. Dlatego – coś mi się zdaje - nie będziemy Lechowi Wałęsie stawiać pomników. Tylko popiersia, i to przecięte na pół grubą kreską. Przecięte w połowie lat 70.
DARIUSZ KUZIAK

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości