Reklama

Wywalony język

W czerwcowych wyborach 1989 roku trzeba było skreślać. Po dziesięcioleciach propagandowych nawoływań, by głosować bez skreśleń, pierwszy raz trzeba było przekreślać i wykreślać. Posłami zostawali ci, których nie skreślono. Resztę należało skreślić. Naród odreagowywał więc lata zaległości, kreślił z zapałem, nie żałował długopisów. Najpowszechniej kreślona była tzw. lista krajowa. Kreślono ją na dwa sposoby – pedantycznie, nazwisko po nazwisku, albo na krzyż, z góry na dół. Oba sposoby były skuteczne. Lista przepadła niemal w całości. Móc skreślić sekretarzy hurtem, w całej rozciągłości - taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć.

Tego, że kandydaci z listy krajowej mogą nie znaleźć się w Sejmie, nikt nie przewidział. Szansę dostrzeżono gdzieś na dole, bo główni rozgrywający odrodzonej Panny „S” zajęci byli organizacją Wielkich Rzeczy. Pojawiły się ulotki, nie z tych pięknych, wydrukowanych i przywiezionych z Zachodu, ale te ze swojskich powielaczy: „Może być ich mniej niż 65 proc”. Naród stanął na wysokości zadania, wykorzystał szansę i – jako się rzekło - kilkudziesięciu czerwonych z listy krajowej wykosił niemal do końca, do imentu.

Jak wykorzystano ten wspaniałomyślny wyborczy podarunek? Wykorzystano tak, że pozwolono go wspaniałomyślnie i dokumentnie zaprzepaścić. Między pierwszą a drugą turą wyborów zgodnie zmieniono przepisy, listę krajową ułożono na nowo (z innymi co prawda nazwiskami) i jeszcze raz poddano pod głosowanie. Zwycięska drużyna Lecha Wałęsy zgodziła się na zmianę reguł w trakcie wyborów. Jakby nie było sprawy. Zupełnie jakby to nie był podarunek, ale przykra, bo nieoczekiwana, może nawet wstydliwa społeczna przypadłość.

Zdaję sobie sprawę, że z perspektywy następnych wielkich wydarzeń, które nastąpiły w następnych miesiącach – powstania pierwszego rządu z niekomunistycznym premierem, obalenia muru berlińskiego, rozwiązania PZPR (nazywanej później pieszczotliwie „nieboszczką”) - wypadek z listą krajową to mało ważny incydent. Ziemia ruszyła z miejsca, powiał nowy duch. Nie było czasu oglądać się za siebie. A jednak, gdzieś na dnie, coś pozostało. Jakiś osad smutku, niezrozumienia, posmak bezdusznie zmarnotrawionej radości. Tak to wtedy czułem. Czułem, choć nie rozumiałem, nie zapisałem. Sugestia, skierowana w podświadomość, była niezobowiązująca, choć wyraźna - rewolucja/ewolucja 1989 roku miała być rewolucją/ewolucją odgórną, sterowaną. Naród miał podążać, nadążać, podciągać się, ale nie wyprzedzać, nie narzucać tempa. Najlepiej, by w ogóle nie wykazywał inicjatywy, bo mógł coś głupiego niechcący wymyślić.

Wtedy skończyła się etyka, zaczęła polityka. I się zaczęło. Okazało się, że polityka nie jest czarno-biała. Ani nawet biało-czerwona. Polityka jest cieniowana. Składa się z odcieni szarości. I idąc wzdłuż tych odcieni można dojść do granic niewyobrażalnych. Tak daleko na przykład jak Lech Kaczyński, otwierający jesienią 1995 r. szampana na wieść o wyborczej porażce Lecha Wałęsy. Jerzy Urban też miał wtedy szampana – wtedy albo już o dwa lata wcześniej – tyle że w większej butelce. I szyderczo wywalony język.
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości