Strzelali w powietrze? I co w tym dziwnego? Do kaczek przecież zawsze strzela się w locie. Co to ma być? A nic. Taki niewinny żarcik w stylu marszałka Bronisława Komorowskiego, który na wieść o strzałach w pobliżu prezydenckiego konwoju podczas wizyty w Gruzji zareagował spontanicznie: „Jaka wizyta, taki zamach, no bo z 30 metrów nie trafić w samochód, to trzeba ślepego snajpera”.
Koncepcja, by zachowanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego sprzedawać w konwencji lekkiej, niepoważnej, na poły kabaretowej, wydaje się koncepcją medialnie zwycięską. Nawet jeśli prezydentowi nie można odmówić racji, zawsze można odmówić powagi. Zwłaszcza jeśli się wie, że powagi pragnie on właśnie najbardziej. A im bardziej powagi się domaga
i żąda, tym bardziej staje się ona dla niego niedostępna. (Choćby dlatego, że człowiek, który ma brata bliźniaka, zawsze będzie mniej poważny od człowieka pojedynczego. Dwie identyczne twarze prowokują do śmiechu.)
Tragikomiczna kondycja prezydenckiego wizerunku przypomina psa Goofy’ego, postać z kreskówki chyba niemal całkowicie zapomnianej,
a zapamiętanej przeze mnie jedynie z powodu sentymentu, jaką miał do niej Marek Hłasko. Goofy to taki gość, który chce dobrze, ale cokolwiek zrobi, pakuje się w kłopoty. W ostatniej chwili zawsze ktoś mu przytrzaśnie łapę. Słowem, przekomiczny typ.
Sympatia, jaką cieszy się prezydent Lech Kaczyński, jest tak ogromna, że niezliczone są rzesze tych, którzy gotowi są uwierzyć w każdą wersję wydarzeń, byle była to wersja dla prezydenta niekorzystna. Po trzyletniej intensywnej medialnej obróbce, nie bez własnych wysiłków, bliski jest osiągnięcia medialnego statusu kompanijnej ofermy. Kompanijna oferma to ktoś taki, komu dowódca każe coś zrobić, i od razu reszta kompanii wie, jak tego robić nie należy. Strzelali do prezydenta? Źle. Nie ma śladu po kulach? Fatalnie. Po prezydencie wszystkiego można się przecież spodziewać. Równie dobrze sam mógłby wygarnąć z kałacha pod osetyńską granicą.
Jakby nieszczęść było mało, dzięki nieprzemyślanej ekskursji prezydenta wszyscy dowiedzieli się, że Rosjanie nie przestrzegają zawartego kilka miesięcy temu porozumienia pokojowego. Posterunki stoją tam, gdzie ich być nie powinno. Przykra to wiadomość. Przykra tym bardziej, że prawdziwa. Jedna z tych, których lepiej nie słyszeć. Taka prawda oznacza tylko kłopoty i mętne wyrzuty sumienia. Europa przecież się stara, tak wiele czyni, by nie słyszeć i nie widzieć. Dziesięciolecia dyplomatycznej praktyki z przymykaniem oczu i zatykaniem nosa zrobiły swoje. Europa chętnie i z ulgą machnie ręką na Gruzję. Nie chciała umierać za Gdańsk, zgodziła się na rozbiór Czechosłowacji, z zapałem uprawiała „dziwną wojnę”. Ma wprawę.
Zachód można zrozumieć, on z Rosją nie graniczy. My mamy swoją historyczną pamięć, a prezydent Lech Kaczyński, choć w różnych sprawach popełnia mnóstwo błędów, w tej jednej właśnie wykazuje dziejowy instynkt. Ale kto by tam Goofy’emu wierzył…
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!