Reklama

Żeby nie było śladów

04/03/2009 09:13

W jak widowiskowej epoce żyliśmy! Jak malowniczej! Tłumnej, patetycznej i pełnej zborowych poruszeń. Biało-czerwone flagi, niebieskie mundury milicjantów, warkocze gazów łzawiących. Między nimi czarna sutanna. Obejrzałem film „Popiełuszko. Wolność jest w nas” (reżyseria – Rafał Wieczyński, w roli tytułowej Adam Woronowicz) i jestem pod wrażeniem. Nie zwróciłem uwagi, że żyłem w czasach tak fotogenicznych.

Zapomniałem, choć Jacek Kaczmarski śpiewał przecież w piosence „Świadectwo” : „A tu popatrz, kadr jak z Wajdy: człowiek, sztandar, dymu chmury…” Ale Andrzej Wajda nigdy nie nakręcił filmu o latach 80. Na „Popiełuszkę” przyszło nam czekać długo. Długo czekaliśmy na to, by ktoś się odważył na ten rozmach - nie kameralny dramat, ale narodową panoramę, przejmujący fresk z epoki. Jakby czas się cofnął i odwrócił lica… Co tu gadać, kto pamięta wojnę polsko-jaruzelską, tego film Rafała Wieczyńskiego nie zaskoczy. Tak było - lata 80. jak na talerzu podane, w sosie epoki, w dziejowym przeciągu: między strachem i bohaterstwem, między cwaniactwem i drwiną (Karykaturalna pani prokurator pyta:- Dlaczego podejrzany nazwał psa Tajniak? Ks. Popiełuszko: - No bo nie Ubek), między wisielczym humorem a tragizmem śmierci. Z jednej strony msze za Ojczyznę (obowiązkowo wielką literą), z drugiej – stukot maszyn do pisania, wystukujących esbeckie raporty. I nic pomiędzy nimi. Uspokajająca myśl, że jest się po właściwej stronie. W sumie – tragiczne, parszywe, ale na swój sposób także piękne czasy. W stanie wojennym Polska schroniła się w kościołach, zamieszkała w zakrystiach, rozgościła w otwartych domach parafialnych. Tam chodziło się po słowa prawdy, po oddech wolności, tam słuchało się zakazanych wierszy, oglądało filmy, których nie można było obejrzeć gdzie indziej. Kościół był znakiem sprzeciwu, nie tryumfu. Wystarczyło, że rządził ludzkimi sumieniami, nie musiał utwierdzać swoich poglądów surowością świeckich paragrafów. Film „Popiełuszko. Wolność jest w nas” pełen jest scen zbiorowych – mszy, manifestacji, strajków, spotkań. Tak się wtedy żyło – kolektywnie, zbiorowo, solidarnie, w tłumie. Z wyciągniętymi rękami i palcami rozstawionymi na kształt litery V. (Choć, jak szydził rzecznik rządu, na tę literę nie zaczyna się żadne polskie słowo.) Jeśli opowiada się historię, której finał wszyscy znają – październik 1984 r., zimna woda zalewu pod Włocławkiem - ważny jest przede wszystkim ton, styl opowieści. W filmie Rafała Wieczyńskiego historia płynie szeroko, fabularna, ale z dokumentalną wiernością. Chwilami patetycznie, bo takie to były patetyczne lata. I z humorem, którego jest w filmie tyle, ile trzeba. Ani jednego zbędnego, dodanego słowa, żadnej naciągniętej nuty. Starszym – dla przypomnienia, młodym – dla nauki, parszywcom – na wyrzut sumienia. Żeby nie zapomnieć. Bijcie tak, żeby nie było śladów. Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości