Kilkanaście lat temu Paweł uznał, że uczenie dzieci nie jest jego powołaniem - szczególnie za tak marną gażę. Pożyczył, ile mógł pożyczyć od krewnych, sprzedał odziedziczone precjoza, wziął z bieliźniarki całą gotówkę i założył firmę. Po dwu latach orki zaczął wychodzić na swoje. Po dwu dalszych zatrudniał trzech pracowników i wynajął duży lokal w dobrym punkcie miasta. Czarnoroboczy przeistoczył się w przedsiębiorcę. Rodzina materialnie zaczęła mocno stawać na nogi. Nastały lata tłuste. Stabilizacja, spokój, radość z nowego domu i edukacyjnych sukcesów dzieci. Żona Pawła też odeszła ze szkoły, obejmując posadę księgowej i menedżera mężowskiej firmy. Miód - malina, żyć nie umierać...
I byłoby tak, gdyby do Pawłowego raju nie wkradł się polski wąż - kusiciel. Wódka. Zakręcił, namącił, napaskudził... Pomogło mu w tym dziele niszczenia zacne grono zaściankowych biznesmenów, którzy mają dość kasiory, ale którym mentalnie ciągle bliżej do żula, niż faceta z klasą. Wódka najpierw sączyła się kropelkami, potem ciurkała, potem snuła się niemrawym strumyczkiem, aż - popłynęła całą szerokością koryta życia biznesmena w pierwszym pokoleniu. Długo za długo trwało, nim Paweł dał sobie przetłumaczyć, że musi coś ze sobą zrobić, że to on ma problem ze sobą, a jego rodzinę nie cieszy już ani dom, ani wycieczki w tropiki, na które ją wysyłał. On nie jeździł, bo ktoś musiał pilnować interesów. A pilnował z takim skutkiem, że coraz częściej tracił kontakt z rozumem. Pal sześć niepopłacone faktury i bałagan w dokumentacji, gorzej, że w firmie bywał godzinę - dwie, by szybko zaszyć się gdziekolwiek i wreszcie się napić... Dla najbliższych jakby umarł. Był, a jakby go nie było. Drażliwy, nerwowy, przykry, czasem wulgarny... Częściej „na bańce”, niż trzeźwy. Unikał ich, a oni nie potrafili do niego dotrzeć. Aż do chwili, gdy najmłodsza córka nakręciła kilkuminutowy filmik z powrotu taty. Pokazała go ojcu i reszcie domowników podczas niedzielnego obiadu. Popłakali się pospołu. Paweł zaczął wracać z nicości duchowego grobowca. A nie było lekko - o nie! Przynajmniej trzy razy omal nie zawrócił ku otchłani. W końcu wychynął z ciemnicy - po ponad pięciu latach. Zmartwychwstał. Dwie niedziele temu siedzieliśmy przy stole, nakrytym białym obrusem. Przed filiżankami z herbatą lub kawą, talerzykami z ciastem i paterą z owocami. Rozmawialiśmy. Zbytkowaliśmy. Wspominaliśmy. Snuliśmy plany. Było fajnie. Normalnie... Świętowaliśmy czternastą miesięcznicę zmartwychwstania. Tydzień po Wielkiej Nocy spotkamy się na piętnastej miesięcznicy. Dla tej rodziny to bardzo ważne święto... Nie mniej ważne... BoxerChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!