Reklama

Jan Chróścicki - pół wieku przy tablicy

Jak spędzić kilkadziesiąt lat w jednej szkole i nie tylko nie stracić cierpliwości, ale wciąż czerpać z tej pracy satysfakcję? Tysiące uczniów, setki historii i jedna rzecz niezmienna – ciekawość drugiego człowieka. Jan Chróścicki, nauczyciel I LO im. B. Prusa w Siedlcach ma najdłuższy staż pracy dydaktycznej w historii szkoły. Uczy przede wszystkim informatyki.

Spotykamy się w „Kawiarni Siedleckiej” mieszczącej się naprzeciwko katedry – w budynku dawnego kina „Modern”. Na ścianach archiwalne fotografie Siedlec. Pan Jan podchodzi do zdjęcia, dyskretnie sprawdza, ile wiem o mieście.

– Gdy byłem uczniem, nigdy nie lubiłem historii jako przedmiotu szkolnego – uśmiecha się. – Bardziej interesowało mnie, dlaczego żyję właśnie tutaj, skąd pochodzą moi przodkowie i dlaczego mam takie, a nie inne nazwisko.

To właśnie ta ciekawość ludzi, a nie dat i bitew, stała się początkiem pasji, która dziś pochłania go bez reszty.

Reklama

Absolwenci rozpoznają go na ulicach Siedlec. W kawiarni również spotkaliśmy dwie dawne uczennice pana profesora. Zdarzało się, że zaczepiali go także setki kilometrów od domu – np. w Rzymie. On z kolei pamięta nie tylko ich nazwiska. Pamięta wybory życiowe, sukcesy i porażki. Można odnieść wrażenie, że w jego pamięci każda z tych opowieści ma własne miejsce.

Jest absolwentem „Elektryka”. – Wybrałem szkołę, kierując się radą swoich rodziców. Trzeba było mieć konkretny zawód. Rodzice mieli rację. I zwykle ją mają – to też powtarzam młodzieży.

Reklama

Czy jest pan z pokolenia twardych ludzi?

- Uważam, że tak. Kiedyś były trudniejsze warunki życiowe. Brakowało możliwości. Dziś są one niemal nieograniczone, ale już się tego nie docenia.

Kiedyś „nie patyczkowano się” z uczniami?

- Dziś uczniowie mówią: „To już trzecia klasówka w tym tygodniu – nie zgadzamy się”. Teraz jest tak, że w „Prusie” zdają wszyscy, a kiedyś wiele osób nie kończyło szkoły. Ale ci, którym się to udało – to byli „pewniacy”, którzy później kończyli wymarzone studia. Uważam, że surowsze podejście sprzyja rozwojowi młodego człowieka. Te wszystkie orzeczenia o dyskalkulii, dysgrafii, dysortografii osłabiają nas jako społeczeństwo. Gdy ja chodziłem do szkoły, nie było tych zwolnień lekarskich. Jeżeli ktoś nie miał predyspozycji, ciężko pracował na zaliczenie przedmiotu. I wychodziło się ze szkoły z silniejszym kręgosłupem. Nie ma to nic wspólnego z ocenianiem młodzieży jako „lepszej czy gorszej”, tu chodzi o to, że warunki, w jakich wzrastamy, nas kształtują.

Reklama

Jakie były realia Pana młodości?

- Dla przykładu, gdy wchodziłem w dorosłość, na mieszkanie trzeba było czekać kilkanaście lat. Jako młode małżeństwo mieszkaliśmy z babcią w jednym pokoju. W pewnym momencie pojawiło się światełko w tunelu, bo w Siedlcach zaczęło funkcjonować Biuro Handlu Zagranicznego „Locum”. Tam wpłacało się 10% w dolarach, a resztę w złotówkach i mieszkanie było za pół roku. Podpisaliśmy umowę, ale nadal nie miałem dolarów. Trzeba było skorzystać z nielegalnych usług tzw. cinkciarzy. Było drogo, ale mieliśmy już mieszkanie w stanie surowym. Na urządzenie nie zostało pieniędzy, ale to nie było ważne. Radziliśmy sobie z jedną szafą, wersalką i stołem. To czasy słusznie minione, ale nauczyły nas życia.

Reklama

Aż 50 lat spędził Pan w „Prusie”?

- Pierwsze trzy lata pracowałem w instytucie fizyki Uniwersytetu w Siedlcach (dawniej Wyższa Szkoła Nauczycielska), a od 1976 roku w I LO im. B. Prusa. W trakcie mojej pracy jako nauczyciela szkołą kierowało 5 dyrektorów. Zatrudniałem się u pani dyrektor Ireny Gawryjołek, a teraz moją szefową jest absolwentka „Prusa” i moja była uczennica – Anita Woźnica, historyczka, z którą razem napisaliśmy książkę „Moja szkoła… Z dziejów Gimnazjum i Liceum im. B. Prusa”, gdzie umieściłem dużą część moich historycznych zbiorów dotyczących życia szkoły.

Reklama

Zawsze chciało się Panu rano wstawać i iść do szkoły?

- Miałem blisko, mieszkałem przy ul. Pułaskiego naprzeciw Domu Handlowego „ATLAS”. Wychodziłem z domu o godz. 8.00, a byłem w szkole przed 8.00. Czy to jest możliwe?

Chyba nie…

- Jest, gdy odpowiednio przestawi się zegarek. Nie lubię się spóźniać ani jak ktoś się spóźnia.

A lubił Pan wychodzić z uczniami poza szkolne mury?

- Udało mi się kiedyś zorganizować „zieloną”… a właściwie „białą szkołę”. Ze swoją klasą wyjechałem zimą do Jeleniej Góry. Uznałem, że to nie powinna być tylko wycieczka. Jeżeli jedziemy na dwa tygodnie, to młodzież nadal się uczy. Organizowaliśmy normalne zajęcia lekcyjne. Oczywiście był też czas na narty czy zwiedzanie. To była nauka w zupełnie innych warunkach, integracja …i śnieg po kolana.
Zdobyłem wtedy dofinansowania od różnych firm. Dzięki temu uczniowie płacili jedynie symboliczną kwotę, a biedniejsi jechali za darmo. Nie było RODO, więc mogłem zbierać informacje o wychowankach, które umożliwiały mi wspieranie ich.
Z kolejną klasą kilka razy pływaliśmy na jachtach po jeziorach mazurskich.

Reklama

To wszystko musiało kształtować dobre relacje nauczyciela z uczniami.

- Tak, ale takie relacje można kształtować też w murach szkoły (prowadziłem też Koło Fotograficzne i Elektroniczne), wszystko zależy przede wszystkim od otwartości i chęci nauczyciela oraz uczniów. To bardziej kwestia podejścia niż czasów.

Dlaczego zaczął się Pan interesować historią szkoły?

- Duże wrażenie wywierały na mnie zjazdy absolwentów. Byłem już na 9. Przyjeżdżali nawet 90-latkowie. Słuchałem ich wspomnień i pomyślałem, że szkoda byłoby, gdyby te historie przepadły. Zacząłem więc zbierać fotografie i różne pamiątki. Chciałem pokazać dzieje szkoły poprzez osoby, które ją tworzyły.

Reklama

Jest Pan dziś chodzącą encyklopedią wiedzy o „Prusie”. Co spowodowało, że szkoła zmieniła patrona z Hetmana S. Żółkiewskiego na B. Prusa?

- (Śmiech). Bolesław Prus, a raczej Aleksander Głowacki – chodził do szkoły w budynku wzniesionym w 1844 r., w którym aktualnie mieści się „Żółkiewski”. Historia tych dwóch szkół się przeplata. Budynek, w którym funkcjonuje teraz „Prus”, na początku był zwykłą kamienicą czynszową. W 1901 r. utworzono tam Prywatną Szkołę Handlową. Rosjanie nie pozwalali na tworzenie szkół ogólnokształcących, dopuszczali tworzenie jedynie szkół zawodowych.

Reklama

W 1918 r. nasza szkoła została upaństwowiona i nadano jej imię Hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Przydzielono jej dwa budynki – jeden przy ul. Floriańskiej (aktualny „Prus”), gdzie uczono przedmiotów humanistycznych i drugi przy ul. Konarskiego (aktualny „Żółkiewski”), gdzie odbywały się lekcje z przedmiotów ścisłych. Młodzież musiała przechodzić przez skwerek, na którym znajdowały się stragany i chłopcy czasem rozrabiali, albo coś zwędzili dla żartu. Handlujący skarżyli się do dyrektora i do władz miasta. A dyrektorem był wtedy Mieczysław Asłanowicz. W 1923 r. władze miasta zadecydowały, że trzeba rozdzielić tę szkołę – dwa budynki, dwie dyrekcje. Żeby podkreślić humanistyczny charakter naszej szkoły, nadano jej imię Bolesława Prusa.
A teraz ja zapytam: ile było szkół w Siedlcach przed II wojną światową?

Prus”, „Żółkiewski” i… ”Królówka”?

Reklama

- Tak. Dla dziewcząt była „Królówka”. A czwarta szkoła? Gimnazjum Biskupie. Ale dodam jeszcze ciekawostkę o „Królówce” i „Prusie”. W czasie II wojny w „Prusie” wybuchł pożar, budynek spłonął w środku i to było pretekstem dla Niemców, żeby zamknąć szkołę. Przestała istnieć tylko teoretycznie, zajęcia obywały się w konspiracji. Natomiast po odzyskaniu niepodległości, uczniów ulokowano w budynku Dyrekcji Lasów Państwowych na rogu ul. Prusa i Poniatowskiego.
Po wojnie władze miasta tak zadecydowały: żeby nie było kłótni, która szkoła jest lepsza – „Prus” czy „Królówka”…

To ta rywalizacja rzeczywiście jest odwieczna?!

Reklama

- Tak! Konkurencja była od zawsze, ale konkurencja jest dobra, bo motywuje. Wymyślono więc, że powstaną dwa nowe budynki – dla „Prusa” i „Królówki”. A skoro mamy ulicę Prusa, to warto, by liceum jego imienia mieściło się właśnie tam. Dla „Królówki” powstawał natomiast budynek, w którym aktualnie znajduje się Szkoła Podstawowa nr 7. Pomysł władz nie został zrealizowany. Dyrekcja i nauczyciele „Prusa” optowali bowiem za tym, aby wyremontować dawny budynek, m.in. dlatego, że ulica Prusa to był koniec miasta. „Prus” został więc na swoim miejscu, nowy budynek przydzielono „Królówce”.

A czy ma Pan takie ciekawostki również z życia absolwentów?

- Wiele… Trafiłem kiedyś na wspomnienia absolwenta – Żyda, który uczęszczał do szkoły tuż przed wojną. W czasie okupacji, dzięki znajomości języka niemieckiego i dokumentom podrobionym przez kolegę ze szkolnej ławy, udało mu się przeżyć. Po wojnie pracował w Polsce, w 1968 r. musiał wyemigrowa

do Australii, gdzie opisał swoje losy w książce „Trzy kolory mojego życia”. Zielony – to była jego młodość, czarny – wojna, a czerwony – komunizm. Na okładce znalazłem dane wydawnicze i dzięki temu dotarłem do jego syna, który mieszka w Australii. Zaprosiłem go do nas i – przy okazji wizyty w Polsce – odwiedził szkołę. Spotkał się z uczniami, opowiadał o losach swojej rodziny.

Współpracował Pan również z młodzieżą podczas tworzenia gazetek szkolnych.

- Zawsze uważałem, że gazetka powinna być inicjatywą młodzieży. Jeśli uczniowie sami chcą ją tworzyć, to ma sens. Jeżeli robi się ją tylko dlatego, że nauczyciel tak postanowił, to nie będzie żyła. Zatem to uczniowie tworzyli teksty, wiersze, żarty i tytuły kolejnych gazetek. Jedna z pierwszych nosiła tytuł „Dyletant”, później powstał „Almanach Literacki”, ostatnio był „Dżemper”.

Czy uczniom zdarzało się przekraczać granice?

- Mieli dużą swobodę, więc nie brakowało satyry. Pamiętam numer, w którym wykorzystano fragmenty szkolnego dziennika… z danymi. Skończyło się na tym, że wycięliśmy fragment strony i dopisaliśmy: „Cenzura wycięła”.

Jaka jest Pana życiowa filozofia?

- Chciałbym, żeby po mnie coś zostało – coś, co będzie dla innych pożyteczne. Uważam, że warto pomagać i zostawić świat choć trochę lepszym, niż się go zastało.

Czy ma Pan jeszcze jakieś niespełnione marzenia?

- Oczywiście tak. Bardzo lubię podróżować. Udało mi się zobaczyć sporą część Europy, ale wciąż są miejsca, które chciałbym odwiedzić. Uważam, że każdy katolik powinien przynajmniej raz w życiu odwiedzić Jerozolimę, by spojrzeć na historię chrześcijaństwa z zupełnie innej perspektywy. Tam już byłem. A „Drugą Ziemią Świętą” są dla mnie tereny związane z początkami chrześcijaństwa – m.in. dzisiejsza Turcja i okolice dawnego Konstantynopola. Na razie poznaję je dzięki książkom i programom historycznym.

Wraca Pan we wrześniu do szkoły?

- Tak, choć już w mniejszym wymiarze. Niektórzy pytają mnie, po co jeszcze pracuję, skoro mógłbym już odpoczywać. Po prostu lubię to robić. Przez całe życie się rozwijałem – ukończyłem informatykę i przez lata uczyłem się nowych technologii, uczestniczyłem w kilkudziesięciu kursach. Nadal staram się być na bieżąco. Ponadto prowadzę kursy informatyczne dla dorosłych i uczę w Niepublicznym Technikum i Szkole Branżowej ZDZ CK w Siedlcach.

Czy współczesna młodzież bardzo różni się od tej sprzed kilkudziesięciu lat?

- Tak. Dziś, młodzi, zanim się czegoś podejmą, często zastanawiają się, co będą z tego mieć. Dawniej łatwiej było młodym angażować się bezinteresownie. Nie trzeba być całkowitym altruistą, ale warto pamiętać, że życie nie powinno kręcić się wyłącznie wokół własnych korzyści.

Rozmawiała Maria Popek

Partnerem wydarzenia „Seniorzy Mazowsza – historie warte opowiedzenia” jest Samorząd Województwa Mazowieckiego

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama