Reklama

Nina Czuryło i Alina Paluch - siła nadbużańskich kobiet

Mamy swoje plemię - mówią dziewczyny z Klimczyc. Nestorka Nina to ciocio-babcia. Ukochana, zaopiekowana, emanująca nadbużańską serdecznością. Ulubionych gości wita ciepło z podlaskim zaśpiewem: „Witaj, ptaszyno!”. A dziewczyny patrzą tylko, czym mogą nakarmić i jak mogą ugościć. Bije od nich moc.

Nina Czuryło ma 86 lat. Nie miała swoich dzieci, od początku ukochała Alę (tak wszyscy mówią na Alinę). Dziś mieszkają razem, a z nimi także Justyna, córka Aliny. Razem piszą historię nadbużańskich kobiet – niezłomnych, silnych, idących przez życie z podniesionym czołem.

Alina Paluch ma 62 lata. Dopiero w tym roku uznała, że ma prawo do odpoczynku. Na razie to jeden dzień nicnierobienia. Ale dojrzewa do dwóch. I jest dumna z tego, że gdy poczuła w sercu smutek, zdecydowała się na terapię. Żeby odzyskać radość życia.

Reklama

Historia Niny

Siwowłosa, elegancka, zawsze uśmiechnięta. Z dzieciństwa pamięta biedę, typową w powojennych czasach i na nadbużańskich terenach. Ojca zastrzelili Niemcy.

- Miałam pół roku, brat 3 lata. Mama została sama. Wujek zabrał nas do swego domu – mówi ze łzami w oczach, bo bolesne to wspomnienia.

Bogdan, jej mąż, był miłością jej życia. Starszy o 20 lat. Poznała go, gdy jako nastolatka chodziła do jego gospodarstwa dorabiać przy zbiorze owoców, czasem pomagała sprzedawać czereśnie w jego sklepie. Był bogatym gospodarzem. Spodobała mu się. Przez pierwsze trzy lata mówiła do niego „pan”. A on, gdy zobaczył, że piękna dziewczyna ma adoratorów, zaczął o nią zabiegać.

Reklama

- Jednej zimy, gdy Bug zamarzł, przeszedł po lodzie na piechotę ze swoim psem Atosem. Mieszkałam po drugiej stronie rzeki – opowiada Nina ze śmiechem. – Ale też i ja raz przepłynęłam Bug wpław, do niego.

Wychowana z chłopakami potrafiła wspiąć się na drzewo, zerwać śliwki tam, skąd nikt się nie odważył. Do liceum poszła do Siemiatycz, prosto z wiejskiej szkółki.

- Takim biednym jak ja dokuczali tam bardzo. Kiedyś dyrektor liceum spotkał moją mamę i mówi: Pani córka ciągle płacze. Nie chciałam tam chodzić. Skończyłam liceum korespondencyjnie w Siedlcach, tam zdałam maturę.

Reklama

Mama dosyć krzywo patrzyła na dojrzałego mężczyznę, który „zawracał głowę” młodziutkiej dziewczynie.

- Niech pani się nie denerwuje, ja się z pani córką ożenię – mówił.

Troszczył się o Ninę, odbierał ze stacji, gdy jeździła do szkoły do Siedlec. Po siedmiu latach znajomości oświadczył się. Zmarł w 1997 roku, niemal 30 lat temu. Nina mówi, że do dziś czuwa nad nią, nad domem.

- Życie z Bogdanem było super! Kiedyś pracownica powiedziała: „Wy jak się kłócicie, to on mówi: Nineczko, a pani: Bogusiu. To co to za kłótnia?”

Reklama

Dlaczego Nina nie wyszła drugi raz za mąż? Przecież została sama z ogromnym gospodarstwem.

- Drugiego takiego jak Bogdan, to już nie było. Przyjeżdżał taki jeden z Białegostoku, zalecał się. Ale to przecież cudzy człowiek! – oburza się Nina. – No i dziewczynki cały czas pomagały.

Historia Aliny

Absolwentka siedleckiej „Królówki”, założycielka Gospodarstwa Alina Paluch i Córka.

- Wszędzie tylko „Kowalski i Syn”, a ja z córką weszłam w świat biznesu. Pokazałyśmy siłę kobiet.

Zaistniały na rynku z przytupem. Pod każdym względem były pionierkami. Gdy Alina po śmierci męża sprzedała swój dom w Siemiatyczach, zamieszkała na stałe u cioci Niny. Wkrótce dojechała do nich Justyna, która po studiach i pierwszych krokach w „korpo” rzuciła zgiełk miasta i wróciła nad Bug. Razem uruchomiły tłocznię soków - była to piąta tłocznia w kraju, a pierwsza we wschodniej Polsce. Ach, co to były (i są) za soki! Dodawały do jabłek inne owoce, warzywa, eksperymentowały. Jabłko z burakiem, jabłko z porzeczką, miętą, marchewką, dynią… Rynek oszalał na ich punkcie. Potem poszły za ciosem i stworzyły sklep z regionalnymi produktami „Zakamarek Klimczyce”.

Reklama

- Widziałyśmy ludzi z pasją, z małymi wytwórniami, manufakturami. Wkładają serce w to, co robią, mają receptury z pokolenia na pokolenie, tworzą własne. Zawsze patrzymy na skład, zanim przyjmiemy coś do sklepu. Mamy zasadę: jeśli same byśmy czegoś nie zjadły lub nie kupiły do domu, to tego nie bierzemy do sklepu. Kierujemy się swoimi smakami, gustem.

Alina nawet się nie zastanawia z odpowiedzią na pytanie, co lubi robić najbardziej.

- Karmić ludzi! - odpowiada bez wahania. - Uwielbiam patrzeć, gdy jedzą, i widzę, że im smakuje. Jestem wtedy szczęśliwa.

Reklama

Tak powstały kultowe „Śniadania na trawie” w Klimczyach-Kolonii, wzorowane na toskańskim stylu powolnego delektowania się jedzeniem przy rozmowach. Ala wymyśla więc potrawy, łączy smaki, wykorzystuje produkty sezonowe, lokalne, nawet dziko rosnące na łące (podczas „dzikich pikników”). „Śniadania na trawie” stały się ewenementem na skalę kraju.

W 2018 roku w wakacyjne niedziele ustawiały stoliki w ogrodzie, pod drzewami, przy krzewach róż, koce rozkładały na trawie. Fenomen „śniadań” opisywali blogerzy kulinarni, a na parkingu zaczęły się pojawiać auta z rejestracjami z całej Polski. W ciągu pierwszych wakacji przewinęło się przez tych kilka niedziel ponad 500 osób. W ogólnopolskiej prasie pojawiały się informacje o „Małej Toskania nad Bugiem”. A potem przyszła pandemia… I długa przerwa.

Reklama

Do śniadań wróciły trzy lata temu. W międzyczasie wybudowały zadaszony taras z piecem kaflowym. Ludzie byli tak spragnieni spotkań w toskańskim stylu, że na jedno z pierwszych reaktywowanych śniadań przyjechało prawie 120 osób!

Tuż przed pandemią uruchomiły też pierwszy w Polsce komercyjny inkubator przetwórstwa rolno-spożywczego. Zainwestowały w profesjonalny sprzęt, wybudowały przestronne kuchnie, w których rolnicy z regionu mogą przerabiać produkty na przetwory (dżemy, soki, powidła itp.), a potem legalnie wprowadzać je na rynek, z etykietami, z gwarancją najwyższych standardów sanitarnych przy produkcji. Ale to wtedy Alina przestała spać. Przy budowie nic nie szło tak, jak powinno: od kosztorysu po kłopoty z wykonawcą. A pandemia zamroziła ulokowane tam pieniądze.

Reklama

- I wtedy poczułyśmy, co to znaczy siła plemienia. Nie chodzi już o nasze rodzinne wsparcie. Ludzie, którym my pomagałyśmy, z którymi współpracowałyśmy, widząc nasz trudny czas, przyjeżdżali by u nas robić zakupy czy przetwarzać, korzystali z naszych usług, sprzedawali nasze produkty, reklamowali.

Dobro wraca

Alina święcie wierzy, że dobro wraca. Sama tego doświadczyła w tym trudnym czasie. Wsparcie plemienia rodzinnego było bezcenne, sąsiedzkiego też. Poznały siłę lokalnej społeczności. I swoją własną.

Reklama

- Lubimy ludzi, lubimy ich gromadzić, widzieć, że czują się dobrze. Dobrostan człowieka jest ważny. Mówimy dużo o dobrostanie zwierząt, a dobrostan ludzi? Nie myślimy o tych, którzy się wypalają zawodowo, szybko żyją – mówi Alina.

W ich obecności można zwolnić. Justyna ma certyfikat z lasoterapii, a Ala po prostu karmi tak, że można poczuć się jak w raju. To też można uznać za terapię, bo ludzie wyjeżdżają od nich zadowoleni, spokojniejsi. Alina ma jasne zdanie na temat terapii: skoro pomoc jest dostępna, trzeba z niej skorzystać. Bez wstydu, bez tłumaczeń. Jej pomogła odzyskać radość życia. Bo gdy zmęczenie dało znać o sobie, po prostu zrobiła się smutna. Jak nie ona.

Reklama

- Uczę się teraz odpoczywać. Chcę mieć jeden dzień, może dwa, tylko dla siebie. I uczę się na nowo regularnie spać. Odpoczywanie i sen to nie jest prosta rzecz – dodaje ze śmiechem.

Alina, tak jak Nina, nie wyszła drugi raz za mąż. Maćka kochała całym sercem. Zmarł niespodziewanie, na serce. Miał 44 lata, ona 39.

- Zawsze mówił, że umrze młodo. Był lekarzem, wiedział, co się dzieje. Ale ja nie byłam gotowa. Przez rok chodziłam na cmentarz i kłóciłam się z nim, że mnie zostawił. To był rok żalu. Kolejne lata to była tęsknota nie do opisania.

Nina i Ala mają własne recepty na dobre życie.

- Ja się dużo modlę – zdradza Nina. - Za każdą z dziewczynek mam inną modlitwę, w jednym różańcu wszystko. I każdego dnia odmawiam. Za Justynkę to do Serca Pana Jezusa z Milejczyc. Wiesz że tam uzdrawia ludzi?

Alina widzi zaś siłę w życzliwych ludziach wokół.

- Nie chce nam się walczyć ze zgorzkniałymi ludźmi, niech zostają ze swoją racją. Wierzę, że dobro wraca.

Jak wygląda dobre życie? Jak je dobrze przeżyć?

- Żyć w przyjaźni – nie ma wątpliwości Nina. – I kochać ludzi.

- I mieć swoje plemię – dodaje Alina. – Czy to rodzina, czy sąsiedzi. W plemieniu jest wielka siła.

Mariola Zaczyńska


Partnerem wydarzenia „Seniorzy Mazowsza – historie warte opowiedzenia” jest Samorząd Województwa Mazowieckiego

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości