Sławomir Ługowski to jeden z bardziej znanych mieszkańców Węgrowa. Nie ze względu na miejsce urodzenia, lecz zainteresowania i pasje artystyczne.
Pan Sławomir to poeta, satyryk, aktor oraz jeden ze śpiewaków Zespołu Ludowego „Węgrowianie”. I choć niektóre z otrzymanych od Pana Boga talentów rozwinął do poziomu, którego mogliby mu pozazdrościć nawet zawodowi artyści, mówi o sobie: „Jestem profesjonalnym amatorem”.
- Urodziłem się, bo nie miałem innego wyjścia - opowiada o sobie z humorem Sławomir Ługowski. Zaznacza, że urodził się w Siedlcach, ale dzieciństwo i młodość spędził w podsiedleckim Rakowcu. – To najpiękniejsza miejscowość, jaka istnieje na świecie. Jej urokami zachwycił się Stefan Żeromski, który w swojej powieści „Przedwiośnie” napisał, że Sekuła i łąki w Rakowcu kwiatami pachnące są tak piękne, że nigdzie takich nie znajdziecie – podkreśla. I choć Rakowiec, jako baśniowy kraj dzieciństwa na zawsze pozostanie bliski jego sercu, dziś z dumą o sobie mówi, że jest Węgrowianinem.
Sławomir Ługowski nie od razu odkrył, że ma artystyczną duszę. Stało się to dopiero w dorosłym życiu. W dzieciństwie najważniejsza była edukacja. Dbał o to szczególnie dziadek małego Sławka. – On mnie uczył, aczkolwiek jako dzieciak nie bardzo byłem chętny tym naukom. Ale to dzięki dziadkowi już wieku 6 lat umiałem czytać, pisać i liczyć. Rodzice doszli więc do wniosku, że trzeba mnie wcześniej posłać do szkoły. Jednak pani dyrektor Szkoły Podstawowej nr 5 w Siedlcach jak zobaczyła, że ja takiej mizernej postury, przekonała rodziców, żeby z tą szkołą jeszcze rok zaczekać. Tak więc edukację rozpocząłem w wieku 7 lat, tak jaki inni moi koledzy – wspomina.
Z nauką w podstawówce pan Sławomir nie miał żadnych kłopotów. Był najlepszym uczniem w klasie. Kolejnym etapem edukacji było Technikum Mechaniczne w Siedlcach.
Dlaczego akurat to technikum, a nie na przykład któreś z liceów? - Mój ojciec był człowiekiem praktycznym i uważał, że w życiu trzeba mieć konkretny fach w ręku, a ten można było zdobyć m.in. przez naukę w technikum – mówi Sławomir Ługowski.
Po ukończeniu Technikum Mechanicznego pan Sławomir próbował zdawać na Politechnikę Warszawską, ale bez powodzenia (kilka lat później studiował na Politechnice, ale w trybie zaocznym, zdobywając dyplom inżyniera). Trzeba więc było iść do pracy.
- Przyjęli mnie na kolej w Siedlcach i tak stałem się kolejarzem. A wszystko w myśl tego, jak wtedy mówiono, „Kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej”. Na początek pracowałem jako dyżurny ruchu w Mrozach i Mieni. Później była też Barcząca – wspomina.
Radykalne zmiany w życiu pan Sławomira zaszły, gdy poznał swoją przyszłą żonę (jest w niej nadal zakochany od ponad 50 lat), która mieszkała w Węgrowie. Po ślubie zamieszkał u teściów. A że z Węgrowa dojazd do Mrozów czy Mieni był nieco uciążliwy, poprosił o przeniesienie w inne miejsce. I tak stał się zawiadowcą stacji w Sokołowie Podlaskim i Podnieśnie.
Choć pan Sławomir mieszkał z żoną w Węgrowie, to do końca nie zerwał związków z Siedlcami. Tam bowiem wpłacił pieniądze na książeczkę mieszkaniową i czekał na przydział mieszkania. Na początku lat 80. dostał klucze do mieszkania w jednym z nowo wybudowanych bloków na osiedlu „Warszawska”. Gdy pierwszy raz poszedł obejrzeć tak wyczekiwane mieszkanie, okazało się, że… zajęli je już dzicy lokatorzy, konkretnie kobieta z dwójką dzieci.
- Poszedłem do majstra, który dał mi klucze, a on mówi, że nic nie może zrobić. Prezes Spółdzielni Mieszkaniowej też umył ręce, wiec poszedłem do prokuratury. Prokurator nie chciał zająć się sprawą, bo jak tu wyrzucać na bruk kobietę z dziećmi. Ale gdy prokurator wyszedł z pokoju, po chwili weszła pani prokurator i pyta, w jakiej jestem sprawie. Opowiedziałem jej pokrótce, a ona na to, że prokuratura raczej nic nie zrobi i że… sam mogę wyeksmitować dzikich lokatorów. Mówię jej, że przyszedłem tu jako petent, a mógłbym wyjść jako oskarżony. Ona na to: „Proszę pana, pan przecież może być w szoku”. Rzeczywiście, mogę być w szoku! Nie czekając więc na to, aż mi ten szok przejdzie, wziąłem szwagra, i brata i po wyważeniu drzwi weszliśmy do mojego mieszkania… – wspomina. – Kobietę, która je zajęła, spotkałem kilka lat później. Handlowała czymś pod halą. Nie miała o tamtą eksmisję pretensji, tylko jeszcze mi dziękowała, bo jako matka z dziećmi od wojewody dostała mieszkanie. Wszystko więc zakończyło się wesołym oberkiem.
Po pomyślnej eksmisji dzikich lokatorów pan Sławomir stał się mieszkańcem Siedlec. Postanowił też, że zmieni pracę. Akurat był wolny etat w dziale obsługi technicznej Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Kolej nie chciała go tak szybko wypuścić, więc etat został zajęty. Zaproponowano mu zatem pracę w wydziale przestępstw gospodarczych KW MO. Miał jeździć w tzw. teren, prowadzić kontrole i ścigać spekulantów. A że kontrole pana Sławka kończyły się najczęściej tylko pouczeniami, więc jako ten, który „nie ma wyników”, został przeniesiony do działu łączności.
Wykształcenie techniczne nie stanowiło przeszkody w zamiłowaniach artystycznych. Pan Sławomir, m.in. dzięki dziadkowi, od zawsze interesował się literaturą piękną. Jednak duszę artysty odkrył w sobie w dość późnym wieku. Gdy miał 40 lat, zaczął pisać krótkie wierszyki z okazji imienin koleżanek i kolegów. A że wszystkim się one podobały, w późniejszych latach w twórczości (najczęściej satyrycznej) zaczął podejmować też inne tematy. Przez kilkanaście lat trochę się tych wierszy nazbierało, ale nie zostały one wydane zwartym drukiem i nadal czekają w szufladzie na publikację.
Gdy pan Sławomir stał się emerytem, razem z żoną wrócił do Węgrowa. A że nie wyobrażał sobie, że usiądzie z pilotem przed telewizorem i będzie przełączał obraz na kolejne kanały, postanowił poszukać sobie jakiegoś zajęcia. W Węgrowskim Ośrodku Kultury działał już utworzony przez Marię Koc (obecnie poseł RP) Zespół Ludowy „Węgrowianie”. – Poszedłem do tego zespołu i pytam, czy może mnie przyjmą. Okazało się, że nie stawiali żadnych przeszkód i udało mi się załapać. No w tym zespole funkcjonuję od 2006 roku – mówi Sławomir Ługowski.
W „Węgrowianach”, jako osobie o charakterystycznym wyglądzie, powierzano różne role. Wcielał się więc w postać mistrza Jana Twardowskiego (lustro Twardowskiego, za pomocą którego wywoływał duchy, znajduje się w zakrystii węgrowskiej Bazyliki Mniejszej), Żyda, czy też starosty na Mazowieckim Świecie Chleba. Oprócz zespołu „Węgrowianie” działa też w Grupie Inicjatyw Twórczych, zespole kabaretowym „Młodzi i z duchem” (ich występy były nagradzane na konkursach wojewódzkich i ogólnopolskich) oraz w reaktywowanym w 2013 roku Teatrze Amatorskim w Węgrowie.
Która z ról w spektaklach Teatru Amatorskiego przypadła mu do gustu? Którego bohatera najbardziej polubił? – Trudno posiedzieć, wszystkie role mi się podobały. W adaptacji „Dam i huzarów” Aleksandra Fredry wcieliłem się w rolę Grzesia, wiernego i sprytnego sługi. Choć była to rola drugoplanowa, chyba dobrze ją zagrałem, gdyż później młodzi ludzie, którzy byli na naszym spektaklu, rozpoznawali mnie na mieście i mówili: „O, Grzesio idzie”. Zapamiętałem też występ w „Tangu” Sławomira Mrożka, bo po pierwsze trzeba się było nauczyć dość dużo testu, a po drugie, że tam autentycznie tańczyłem tango. Mówiłem nawet ludziom: „Przyjdźcie na spektakl, będzie się z czego pośmiać”. Przychodzili, byli usatysfakcjonowani, i sala zawsze była wypełniona do ostatniego miejsca.
W twórczości literackiej Sławomira Ługowskiego, oprócz tekstów satyrycznych, są też utwory liryczne. Jednym z nich jest wiersz „Strofy o mym Węgrowie”, w którym autor wyznaje, że „Węgrów jest jedyny na świecie/ piękniejszego grodu nigdzie nie znajdziecie”. Wiersz był nagrodzony m.in. na festiwalu „Węgrowskie Barwy Jesieni” oraz organizowanym przez „TS” konkursie „Mazowsze mi bliskie”.
Synowie pana Sławomira - Tomasz i Wojciech - do tego wiersza napisali muzykę i tak powstał liryczny hymn o Węgrowie. Twórcy utworu chcieli stworzyć do tego teledysk, ale, jak się okazało, trudno o pieniądze na realizację tego przedsięwzięcia. Nie należy jednak tracić nadziei. Węgrów w tym roku świętuje 585-lecie uzyskania praw miejskich, więc może znajdą się fundusze na ten ambitny projekt, czego panu Sławomirowi (ale też i miastu) życzymy.
Tekst i zdjęcia: STANISŁAW JASTRZĘBSKI
Partnerem cyklu „Seniorzy Mazowsza – historie warte opowiedzenia” jest Samorząd Województwa Mazowieckiego

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze