Reklama

W Środowiskowym Domu Samopomocy w Nowych Litewnikach jest, jak w domu

Pachnie obiadem. Przez otwarte okna wpada wiosenne powietrze, z ogrodu dobiegają śmiechy. Przed wejściem do Środowiskowego Domu Samopomocy w Nowych Litewnikach kilkoro podopiecznych kopie ziemię, grabi. Gdy tylko mnie widzą, z uśmiechem objaśniają, jak trafić do kierownika. Tak zaczyna się moja wizyta w miejscu, które odmieniło życie dziesiątek osób z niepełnosprawnościami.

Dziesięć lat. Tyle minęło od chwili, gdy w budynku po byłej szkole w Nowych Litewnikach (gm. Sarnaki) ruszył ŚDS. Dziś jest drugim domem dla 50 osób. Obiekt rozrósł się (ma nowe skrzydło), a obok powstaje Centrum Opiekuńczo-Mieszkalne z 20 miejscami całodobowymi.

Żeby zrozumieć, czym naprawdę jest Dom w Litewnikach, trzeba porozmawiać z kierownikiem i z podopiecznymi, którzy po prostu powiedzą: Bez tego miejsca nie byłoby życia.

Kierownik Sylwester Siennicki. Spokojny i skromny, z ciepłym uśmiechem i… zwyczajem przerywania własnych zdań w połowie, bo przypomina sobie coś ważniejszego. Jak trafił na to stanowisko? Pan Sylwester macha ręką z rozbrajającą szczerością.

Reklama

– Ja nigdy nie zabiegałem o stanowisko kierownicze – mówi, podając mi rogaliki drożdżowe. Zaznacza z dumą, że zrobili je podopieczni.

Pracował w GOPS w Łosicach i w PCPR. Kiedy w 2016 roku ogłoszono trzeci już nabór na kierownika jeszcze nieistniejącego ŚDS, do pana Sylwestra zadzwoniła dawna koleżanka z pracy, ówczesna skarbnik gminy Sarnaki.

– Powiedziała „Może byś złożył ofertę, bo nie mamy nikogo innego”. Byłem zszokowany, ale złożyłem dokumenty. I zostałem kierownikiem placówki, która jeszcze nie istniała. Przyjeżdżałem, ale tu się nie dało pracować, bo tu nic nie było. Płytki jeszcze chłopaki układali na korytarzu, malowali ściany. Więc pracowałem we własnym domu.

Reklama

Dom samopomocy to inicjatywa Elżbiety Kozioł, ówczesnej kierowniczki GOPS w Sarnakach, i wójta Andrzeja Lipki. Adaptację budynku gmina przeprowadziła własnymi siłami. Remont robili pracownicy gminy. A kierownik kompletował personel. Najpierw była księgowa, pani Małgosia. Potem terapeuci panie: Asia, Agata, Gosia, Dominika. Z czasem dołączyli psycholog, fizjoterapeuta i logopeda oraz opiekunowie.

Szkoła, która stała się domem

Budynek w Nowych Litewnikach pamięta czasy, gdy brzęczał tu dziecięcy gwar. Szkoła działała tu do 2004 roku. Potem stała pusta. Kiedy pod koniec 2016 roku otwarto ŚDS, zagospodarowano tylko część pomieszczeń. Reszta czekała na lepsze czasy. Pierwszego dnia pojawiło się 28 uczestników. Miesiąc później było ich 30. I od razu lista oczekujących.

Reklama

– Szybko się zorientowałem, że to kropla w morzu, jak zrobiło się głośno, że jest takie miejsce, że dorośli niepełnosprawni mają gdzie spędzać czas – mówi kierownik. Niektórzy z podopiecznych, zanim dotarli do Nowych Litewnik, spędzi li w domu, nie wychodząc, 30, a na wet 40 lat. Przyjechali pierwszy raz i… zostali. Większość podopiecznych jest tu od początku.

Dzień bez ŚDS to nie jest życie...

Zapach obiadu jest wszędzie. Dziś pieczeń rzymska, kasza, surówka i kompot z truskawek. Podopieczni są z siebie wyraźnie dumni.

– To wy robiliście obiad? Nie wierzę! Jadłam. Był pyszny – mówię szczerze.

Reklama

– Tak! Czwarta grupa! – odpowiadają chórem, z szerokim uśmiechem.

ŚDS działa w systemie pięciu grup. Każda z nich co tydzień zmienia pracownię: techniczno-rzemieślniczą, plastyczną, komputerową, salę terapii ruchowej i pracownię gospodarstwa domowego, czyli tę, w której uczą się gotować. W międzyczasie są zajęcia z psychologiem, logopedą, treningi higieniczne i nauka gospodarowania pieniędzmi.

– Rutyna jest ważna. Pozwala łatwiej współpracować z osobami, które mają różnego rodzaju deficyty. Natomiast nudy na pewno nie ma, bo jest 50 osób i te grupy się wymieniają. A jeśli ktoś nie chce zmieniać grupy, bo ma tam swoją sympatię, swojego kolegę nie przenosimy go – wyjaśnia kierownik.

Reklama

Agnieszka jest tu od pierwszego dnia. Podobnie jak Grzegorz i Ewa. Krystian dołączył przed pięcioma tygodniami. Jeszcze trochę nieśmiało, ale już mówi, że fajnie jest. Gdy pytam Zosię, co robiłaby, gdyby ŚDS nie istniał, na chwilę milknie.– Ja to nie pamiętam już nawet, ile w domu siedziałam. Całe życie pewnie.

Marcin jest konkretny: – W domu bym siedział bezczynnie. Może bym po Łosicach chodził bez sensu.

Marta: – Mi to się w domu nudziło. Telewizja tylko. Dla mnie dzień bez ŚDS to nie jest życie. Potem dodaje jeszcze cicho: – Tu wszystko jest jak w domu.

Reklama

Zdecydowanie najbardziej lubią wycieczki. Basen, teatr, kino, a niedawno mecz Jagiellonii w Białymstoku. – Było super! – mówią razem. Lubią też dyskoteki. Gdy o nich wspominam, sala ożywa.– Taaak! Mamy zabawy! – krzyczą zgodnie.– Ale dawno nie było – wzdycha Marta. Sami wybierają samorząd, który reprezentuje wszystkich uczestników.

– Przychodzą ze wszystkim. Kiedyś musiałem przerwać ważną rozmowę telefoniczną, bo był problem. Złamany długopis... Rozpętała się burza. Bo tak jak nasi podopieczni potrafią cieszyć się z wielu rzeczy, tak potrafią wyolbrzymiać problemy. To nasze indywidualności – uśmiecha się kierownik, ale zaznacza, że samorząd pojawia się najczęściej, by prosić o wycieczki. – Chcą jeździć wszędzie. Tylko trzeba znaleźć na to pieniądze.

Reklama

Walka o rozbudowę

W pewnym momencie 30 miejsc przestało wystarczać, a lista oczekujących rosła. Sylwester Siennicki zaczął starania o rozbudowę budynku.

– Napisałem 6 wniosków o rozbudowę. I nic. Udałem się do ówczesnego starosty Janusza Kobylińskiego, bo pisałem wszędzie: do prezydenta, do ministrów. Powiedziałem: „Starosto, pomocy”, a on odparł: „Poczekaj, panie Sylwku, może zadzwonię i coś się uda”. I wtedy zaangażowali się poseł Krzysztof Tchórzewski i wicewojewoda Sylwester Dąbrowski. Wniosek przeszedł przez Urząd Wojewódzki do ministerstwa. I znowu zadziałała opatrzność boska. W departamencie odpowiadającym za politykę społeczną pracowała pani Katarzyna Klimiuk, „od nas”, bo stąd się wywodzi – opowiada kierownik.

Reklama

Równolegle trwała zbiórka publiczna i… pandemia.

– Dziewczyny się pukały w głowę: „Człowieku, co ty robisz, przecież przez pandemię ludzie mają kłopoty z interesami, a ty chcesz ogłaszać zbiórkę”. No, ale trzeba nam pieniędzy. Spróbujemy – postanowił Sylwester Siennicki.

I nagle wpłynęło 10 tys. zł. Potem 20 i 30, i 40, i prawie 60 tysięcy od darczyńców. Cegiełkę dołożyła też Fundacja Orlen. Łącznie na rozbudowę pozyskano blisko milion złotych. Gmina Sarnaki dołożyła wkład własny około 300 tys. zł.

Reklama

W połowie grudnia 2021 roku budynek oddano do użytku. Dom miał już 50 miejsc.

– Cały czas to podkreślam, że udało się zebrać te pieniądze dzięki „Tygodnikowi Siedleckiemu”. Nawet jak już nie mieliśmy nadziei, to pojawił się jakiś artykuł, jakiś bodziec z waszej strony, który pchał nas, by się nie poddawać – uśmiecha się kierownik.

Drugą rozbudowę, już z wójtem Grzegorzem Arasymowiczem, prowadzono z pieniędzy zewnętrznych i samorządowych. Dziś, po drugiej stronie działki, rośnie COM z 20 miejscami całodobowymi.

Reklama

– „Pytanie, co stanie się z naszymi dziećmi, gdy nas nie będzie?” padło kiedyś na zwykłym spotkaniu rodziców I utkwiło we mnie. Stąd pomysł wybudowania COM. To nie mój wymysł. Chciałem rozwiązać problem rodziców i opiekunów osób z niepełnosprawnościami – mówi Sylwester Siennicki. I znowu było pisanie wniosków, jeżdżenie po gminach powiatu, przekonywanie samorządów do pod pisania porozumienia i wspólnego sfinansowania wkładu własnego.

– Tu też wasza zasługa, „Tygodniku”, bo pokazywaliście potrzebę takiego miejsca, poniekąd naciskając samorządowców. To była walka – śmieje się pan Sylwester.

COM już stoi. Trwają ostatnie prace. Gdy nowi podopieczni ŚDS zajmą kolejne miejsca, ci z obecnych podopiecznych, którzy stracili bliskich lub których opiekunowie tracą siły, będzie mogła przenieść się do COM na stałe.

Wielka rodzina. Nieidealna 

Codzienność to 50 podopiecznych plus 15 pracowników zamkniętych w jednym budynku przez większość dnia. I tak od 10 lat. Sylwester Siennicki nie kryje, że rodzą się konflikty.

– Oni są 10 lat w tym samym towarzystwie i jakoś muszą się tolerować. Dlatego zmieniamy grupy – śmieje się. – W grupie 65 osób zawsze się pojawiają zgrzyty. Niezależnie od tego, czy jesteś z niepełnosprawnością, czy bez.

Bywają dramaty o źle obrany ogórek czy długopis, ale bywają też miłości. Sylwester Siennicki mówi o tym z wyraźną czułością.

– Mamy wiele sympatii. Czuwamy nad tym, by było to w jakichś granicach dobrego smaku. Byłbym ostatnią osobą, która by tym ludziom odebrała możliwość, żeby kogoś potrzymać za rękę, żeby się z kimś przytulić.

Są i ciemniejsze strony. Zdarzało się, że podopieczni odchodzili. Bo rodzice nie akceptowali zmian, jakie zachodziły w ich dziecku. Nie akceptowali, że dorosły niepełnosprawny staje się naprawdę dorosły. Ale są też sukcesy, które wzruszają najbardziej. Kilkuletni wysiłek pracowników, którzy nauczyli 44-letniego mężczyznę wiązać sznurowadła. Albo podopieczna, która już potrafi przygotować sobie kanapkę.

To miejsce to są ludzie

Sylwester Siennicki wielokrotnie podkreśla, że nic by nie zrobił, gdyby nie zespół. To mnóstwo niezwykłych ludzi. Pracownicy, wolontariusze. Do pracy podchodzą z sercem. – Na pewno dużo więcej robią, niż jestem w stanie im za to zapłacić. I bardzo im dziękuję, bo to dzięki nim to miejsce wygląda tak, jak wygląda – wzrusza się kierownik.

Pracownicy ŚDS na czele z Dominiką Kicką, Joanną Wawrzyniak i Małgorzatą Czambułą powołali fundację Świat Dobrych Serc. Nazwa, jak przyznają ze śmiechem, to nie przypadek: skrót ŚDS. Fundacja organizuje turnusy rehabilitacyjne dla podopiecznych i wspiera dzieci z rodzin zastępczych, mniej zamożnych. Chcą zdobyć pieniądze, by zorganizować dla rodziców podopiecznych chwilę oddechu. W planach jest też przedsiębiorstwo społeczne, miejsce gdzie podopieczni mogliby podjąć pracę w bezpiecznych warunkach, bez ryzyka utraty świadczeń. Sylwester Siennicki tłumaczy: nie Zakład Aktywności Zawodowej (ZAZ), ale coś elastycznego, zaczną od trzech osób i będą się rozwijać.

Na korytarzach ŚDS wiszą zdjęcia. Mnóstwo zdjęć. Z wycieczek, dyskotek, świąt, zwykłych dni. Jest też ściana pamiątkowa z twarzami wszystkich podopiecznych. Niektórych już nie ma. Odeszli. Ale zostały twarze, uśmiechy, radosne chwile utrwalone na fotografiach.

Idąc korytarzem, znów rozmawiam z podopiecznymi, śmiejemy się. Bije od nich jakaś moc. Taka autentyczna moc obecności. Robimy sobie wspólne zdjęcie. Wszyscy się śmieją, że to pierwsze selfie kierownika. Stojąc obok siebie, jesteśmy jak jedna dziwna, różnorodna, roześmiana rodzina. Na pożegnanie przytulamy się. Padają pytania: „Przyjedzie pani”?

– Przyjadę – odpowiadam zupełnie szczerze.

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 17/06/2026 11:22
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości