Jeszcze kilka lat temu ich codzienność wyznaczały warszawskie ulice, praca zawodowa, pośpiech i obowiązki. Dziś mieszkają w Klimontach – niewielkiej miejscowości pod Mordami, organizują wyjazdy dla seniorów, współtworzą Uniwersytet Trzeciego Wieku i przekonują innych, że po sześćdziesiątce życie wcale nie zwalnia – ono po prostu zmienia kierunek.
Państwo Markowiczowie zarażają energią już od pierwszych minut rozmowy. Pani Teresa – spokojna, ciepła, zakochana w przyrodzie i prostocie życia. Pan Włodek – gawędziarz, społecznik, organizator... Wszędzie dostrzega ludzi oraz historie warte opowiedzenia. Ich opowieść jest historią o powrocie do korzeni, ale też o odwadze do zaczynania od nowa. O tym, że seniorzy z niewielkich miejscowości nie muszą zamykać się w domu. Że można mieć prawie siedemdziesiąt lat i po raz pierwszy pojechać do opery, nauczyć się nowych rzeczy, organizować podróże po Polsce, odkrywać nowe pasje albo po prostu – być blisko ludzi.
Bo jak sami powtarzają: „Ludzie są najważniejsi”.
Co skłoniło Państwa do przeprowadzki z Warszawy na wieś?
Pan Włodzimierz: Nigdy nie mieliśmy takich planów. Oboje pracowaliśmy w Warszawie, tam mieszkaliśmy całe życie. Ja jestem Warszawiakiem z urodzenia, żona pochodzi spod Warszawy. Wieś nie była naszym marzeniem ani planem na przyszłość.
Pan Bóg prowadza jednak różnymi ścieżkami. Wszystko zaczęło się od choroby mojego taty. Lekarz powiedział, że dla jego zdrowia lepsze będzie życie na wsi niż mieszkanie na szóstym piętrze w bloku w Warszawie. To tutaj, w Klimontach, urodził się mój ojciec. Było gospodarstwo mojego dziadka, ale dom był zaniedbany, właściwie do generalnego remontu.
Zaczęliśmy, więc przyjeżdżać coraz częściej. Najpierw weekendami. Trzeba było doprowadzić wszystko do porządku. Pomagaliśmy rodzicom razem z bratem i naszymi żonami. I tak krok po kroku zostaliśmy.
Marzenia, które wcześniej realizowaliśmy – a były to podróże po świecie – zeszły na dalszy plan. Pojawiła się więź z tym miejscem. Ziemia po dziadkach, historia rodziny, wspomnienia ojca… ale też ludzie. To właśnie ludzie sprawili, że poczuliśmy się tutaj u siebie. Pozdrawiamy sąsiadów z Klimont i całe Mordy – i miasto, i gminę!
Czyli nie sama wieś, ale też ludzie?
Pan Włodzimierz: Zdecydowanie. Gdyby nie ludzie, pewnie wyglądałoby to inaczej. Trafiliśmy na bardzo życzliwych sąsiadów i fantastyczne środowisko lokalne.
Pierwsze kontakty z mieszkańcami Mordów mieliśmy przez bibliotekę. Poznaliśmy tam panie Małgorzatę Mikę, Marlenę Soszyńską - obecną Dyrektor Biblioteki Powiatowej, Jolantę Matejczuk, teraz dołączyła Jadzia Kulikowska. Wkrótce poczuliśmy, że stajemy się częścią społeczności.
A Pani? Jak odnalazła się na wsi?
Pani Teresa: Zawsze lubiłam być blisko przyrody. Zieleń, przestrzeń, las, zwierzęta – uwielbiam to. I to mnie uspokaja. Mój organizm i głowa odpoczywają właśnie tutaj. Miło też pomachać do sąsiadów.
Nie lubię wielkiego miasta, hałasu, bloków i pośpiechu. W Warszawie zawsze czułam się trochę jak na tymczasowych wakacjach. A tutaj czuję się u siebie. Otacza nas piękno, radość, słońce i cóż więcej potrzeba... Nasze już dorosłe dzieci i wnuki również pokochały to miejsce. Dziękujemy Bogu za każdy dzień, który pozwala nam przeżyć. Budząc się rano, jesteśmy szczęśliwi, że mamy przed sobą kolejny dzień.
Skąd bierze Pani swoją energię?
Pani Teresa: Z wiary. Z modlitwy. Z wdzięczności za każdy dzień. Ja naprawdę dziękuję za to, że żyję, że mogę rano wstać, wyjść do ogrodu, popatrzeć na rośliny, na drzewa. Chciałabym, żeby ludzie częściej dziękowali za to, co mają. Żeby nie obrażali się na siebie, żeby rozmawiali, żeby nie zasypiali pokłóceni. Człowiek powinien mieć pokój w sercu.
Jak zaczęła się Państwa przygoda z Uniwersytetem Trzeciego Wieku?
Pan Włodzimierz: Powstanie UTW w Mordach to zasługa pani Ewy Jarockiej, która spowodowała, że biblioteka została przeniesiona do budynku, w którym znajduje się urząd miasta. W 2017 roku, kiedy postanowiliśmy osiąść w Klimontach na stałe, podczas mszy świętej usłyszeliśmy, że organizowane jest spotkanie dotyczące utworzenia Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Poszliśmy na spotkanie założycielskie. Na początku było nas kilkanaście osób. Dziś jest około pięćdziesięciu.
Aktualnie uniwersytet jest inicjatywą prywatną, ale naszą siedzibą jest mordzka biblioteka, korzystamy z jej gościnności. Nie jesteśmy stowarzyszeniem. Spotykamy się jako grupa przyjaciół, którzy chcą razem działać, uczyć się, wyjeżdżać i spędzać czas. Płacimy składki, organizujemy wyjazdy, zapraszamy gości, finansujemy część działań sami. Dla przykładu: gościli u nas sędzia Anna Maria Wesołowska, Jacek Fedorowicz, czy Beata Izdebska, która prowadziła kurs savoir vivre, były też pisarki oraz pisarze czy wykładowcy literatury. Mało tego, byliśmy też na strzelnicy, gdzie sierżant wojska polskiego prowadził kurs obsługi broni. Nasze koleżanki świetnie strzelały. Chcemy pokazywać, że Uniwersytet Trzeciego Wieku to nie tylko kawa i ciastko. Korzystamy też ze wsparcia z projektów pisanych przez panią Marlenę Soszyńską, która jest takim dobrym duchem biblioteki i seniorów.
(...)
Cały tekst w papierowym wydaniu TS z 3 czerwca.
Partnerem cyklu „Seniorzy Mazowsza – historie warte opowiedzenia” jest Samorząd Województwa Mazowieckiego.

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze