Nauczyciel prestiżowych szkół, popularyzator nauki, mentor młodzieży i człowiek, który marzy o wyjeździe na Seszele i locie …w kosmos. Między lekcjami fizyki zaprasza przedszkolaki do szkolnego planetarium (które ma już 10 lat!), przygotowuje uczniów do olimpiad, gra z nimi w karty w autobusie i tłumaczy, dlaczego masa to nie ciężar. Ze Sławomirem Miernickim – nauczycielem siedleckiego „Prusa” i warszawskiego „Staszica” rozmawiamy o szkole, pasji, systemie edukacji i budowaniu relacji z młodymi ludźmi.
Zacznijmy od prawa grawitacji w polskim szkolnictwie. Co ciągnie szkołę w dół? Co Cię drażni w systemie edukacji?
(Śmiech) Myślałem, że będzie jakaś rozgrzewka, a tu od razu z grubej rury. Odpowiedź może być krótka: Wszystko. Albo będę wymieniał przez kilka godzin.
To może przedstaw jedną wadę systemu.
Pierwsza rzecz – obniżanie poziomu edukacji. Chcemy ukształtować młode pokolenie na ludzi światłych, mających narzędzia, żeby odnaleźć się w świecie, a jest coraz mniej godzin przedmiotów ścisłych. Jestem ostatnim rocznikiem dawnych ośmioklasowych podstawówek – i wtedy fizyka zaczynała się już w szóstej klasie. Były dwie godziny w szóstej, dwie w siódmej i dwie w ósmej, czyli razem sześć godzin w całym cyklu nauczania. Dzisiaj tych godzin jest znacznie mniej i nadal się je ogranicza. To samo dzieje się z matematyką. Mam stare zbiory zadań i widzę, że wielu absolwentów podstawówki nie byłoby w stanie rozwiązać zadań, które kiedyś były standardem. To znaczy, że coś po drodze poszło nie tak.
Z czego to wynika? A może to ogólnoświatowy trend?
Nie wszędzie tak jest. Są kraje, które nadal trzymają wysoki poziom edukacji, jak Singapur czy Japonia. W środowisku nauczycielskim często pojawia się teoria, że „głupim społeczeństwem łatwiej się zarządza, łatwiej manipuluje”. Nie wiem, czy to prawda, ale to, co obserwujemy, trochę tę teorię potwierdza. Dziś nawet rozliczania PIT-u człowiek nie musi rozumieć, bo wszystko robi za niego program. Teraz system zadba o to, żebyś czuł się dobrze i nie musisz nawet samodzielnie myśleć… To zagrożenie.
Mam wrażenie, że zawsze starasz się promować swoich uczniów. Kolejny temat to energia potencjalna uczniów – jak jej nie zmarnować?
Widzę ogólny problem w podejściu do zdolnych uczniów. Często zostawia się ich samych sobie, bo „przecież sobie poradzą”. A przecież oni też potrzebują wsparcia. Ja zawsze staram się wyszukiwać talenty.
Miałem też uczennicę, która nie miała rozszerzonej fizyki, ale bardzo się interesowała tym przedmiotem. Udało się zorganizować dla niej dodatkowe zajęcia w ramach szkoły – tzw. zindywidualizowaną ścieżkę kształcenia. Dostała dodatkowe godziny fizyki i mogła rozwijać swoją pasję bez prywatnych korepetycji. Są takie możliwości, tylko potrzeba chęci i środków.
Brakuje też kół zainteresowań. Kiedyś było ich mnóstwo już w szkołach podstawowych. A to najlepszy moment na spożytkowanie energii, bo dzieci są wtedy najbardziej ciekawe świata i zadają pytanie „dlaczego?”.
Ja staram się organizować coś dodatkowego, co rozbudzi chęć do zgłębiania nauki: planetarium, zajęcia astronomiczne, projekty przygotowujące do olimpiad czy konkursów. Wielu nauczycieli robi podobnie – po godzinach – spotykają się z uczniami wieczorami online, tłumaczą materiał dodatkowo. Na szczęście nadal są nauczyciele, którym naprawdę zależy na wysokim poziomie edukacji.
Czy wynagrodzenia nauczycieli odpowiadają temu wkładowi pracy?
Absolutnie nie. Uczę w dwóch szkołach zarówno dlatego, że lubię, jak i dlatego, że finansowo jedna szkoła po prostu nie wystarcza. Jeżeli masz miesięcznie do spłaty 3 tysiące kredytu i zarabiasz 5,5 tysiąca, to łatwo policzyć, ile zostaje na życie. To, że nauczyciele muszą pracować poza etatem, czyli np. udzielać korepetycji, żeby żyć na godnym poziomie, to też nie jest w porządku.
Praca w „Staszicu” to też spełniona ambicja?
Zawsze chciałem pracować w najlepszej szkole w Polsce i udało mi się spełnić to zawodowe marzenie. To zupełnie inne doświadczenie – inna młodzież, inna mentalność rodziców, inne podejście do nauki i dzięki temu też większy power do pracy. Tam rodzicom zależy, aby nauczyciel zadawał prace domowe. „Prus” oczywiście też trzyma poziom - i bardzo dobrze! Mówiąc z kolei o ogólnym trendzie w szkolnictwie – są tendencje do obniżania wymagań.
Zawsze narzeka się na młodzież. Ty też?
Słyszałem taką anegdotę: masz kamerę i chodzisz po mieście. To, co nagrasz, zależy od tego, gdzie pójdziesz. Można skupiać się wyłącznie na złych rzeczach albo dostrzegać dobre. Świat jest kolorowy. Młodzież trzeba przede wszystkim wspierać. Oni dojrzewają, testują świat, który my dorośli stworzyliśmy, często próbują budować go po swojemu – i to jest naturalne.
Rozmawiamy na dziedzińcu „Prusa”, chwilę po maturze z fizyki. Każdego z wychodzących uczniów nauczyciel pyta jak poszło, z czym mieli problem.
Odnoszę wrażenie, że nie jesteś tylko nauczycielem, ale też mentorem i trochę kolegą dla swoich uczniów…
Kiedyś usłyszałem bardzo mądre zdanie od śp. Anny Żygadło, wicedyrektor szkoły, w której się uczyłem, czyli „Medyka”: „Trzeba się z młodzieżą zaprzyjaźnić, ale nie spoufalić”. Między tymi dwiema rzeczami jest bardzo cienka granica. Ale jestem już w stanie ją wyczuć. To sztuka budowanie relacji – trzeba rozumieć świat młodych ludzi – ich język, problemy, sposób myślenia. Ale jednocześnie nadal trzeba być nauczycielem i prowadzić ich do rozwoju. To nie jest łatwe, ale możliwe.
(...)
Cały tekst w papierowym wydaniu TS z 3 czerwca.

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Jeden z nielicznych normalnych nauczycieli, zarówno o wielkiej wiedzy, podejściu do uczniów jak i solidnie ukształtowanym światopoglądzie, po prostu Polak przez baaardzo duże "P". Pozdrawiam Pana serdecznie.
Jeden z nielicznych normalnych nauczycieli, zarówno o wielkiej wiedzy, podejściu do uczniów jak i solidnie ukształtowanym światopoglądzie, po prostu Polak przez baaardzo duże "P". Pozdrawiam Pana serdecznie.