Reklama

Co może nam zlądować

Słysząc w poniedziałek, 28 września, rano, niejako na dobry początek tygodnia, głośne booom, pomyślałam w pierwszej chwili, że to moja wszędobylska kotka znowu coś zmajstrowała. Przywykła do różnych porządkowych niespodzianek z jej strony – dla Miśki bałagan znaczy zupełnie co innego niż dla mnie – śpiesząc się do pracy, w pierwszej chwili nie zainteresowałam się nawet: co?, gdzie? i dlaczego huknęło? Ale w drugiej... Gdy wyszłam na balkon – zdębiałam.

Mniej więcej od roku sfruwały mi nań różne różności – ewidentne ślady ptasiej inwencji budulcowej. Oprócz nich, regularnie po każdej większej wichurze, znajdowałam na balkonie... plastikowe elementy panelowe w kolorze brąz, które – zgodnie z zamysłem osoby projektującej osiedle, na którym mieszkam, powinny zdobić od spodu zielony dach mojego bloku. 

Ponieważ blok, w którym zamieszkuję, jak każdy inny blok na moim osiedlu, jest samodzielną wspólnotą mieszkaniową, a ja – jako właścicielka mojego mieszkania – członkinią tejże wspólnoty, w trosce o dobro wspólne (i własne, oczywiście, też) wszystkie znajdowane na balkonie panele zanosiłam nie na śmietnik, tylko do budki, w której pełnili dyżury panowie, pilnujący naszego osiedla. Panelowe fragmenty dachowe „sprezentowałam” im dwa razy. W sumie jakieś 15 sztuk plastikowych elementów w kolorze brąz. Okazało się, że nie tylko ja przynosiłam panom stróżom fruwającą „podszewkę” dachu. Jeden ze stróżów pokazał mi sporą gromadkę brązowych elementów, które zamiast pod zieloną blachą dachów, leżały w jego stróżówce. Gdy zapytałam, czy zostaną ponownie umocowane, powiedział, że nic mu na ten temat nie wiadomo. Że zgłaszał tę sprawę w administracji, ale...

No właśnie... Ja również zgłosiłam dziś (poniedziałek, 28 września) w administracji, że po raz kolejny wylądowały mi na balkonie panele dachowe, tym razem z kłębem „materiału ocieplającego”. Pani, która odebrała telefon, zapisała mój numer telefonu i obiecała, że osoby, które przyjdą zobaczyć, co się stało, oddzwonią, żeby umówić się na te oględziny.

Nie oddzwoniły do tej pory. Skołtuniony „motek wszystkiego brudnego” (liście, gałęzie, itd.) dalej „zdobi” mi balkon, a wiatr oprowadza co mniejsze, samodzielne fragmenty tego „cuda” po wszystkich zakamarkach mojego "tarasu". Brązowe panele sztuk dwie dzielnie trzymają się tego, z czym spadły.

Zawzięłam się. Zawzięłam, że póki nie zobaczę przedstawiciela administracji, póty nie sprzątnę syfu z balkonu. Zawziętość swoją usprawiedliwiam tym, że nie pierwszy raz „małe co nieco” zaskoczyło mnie swoim lądowaniem. 

Gdy kupiłam mieszkanie, świeżo odmalowane przez osoby, które poprzednio w nim mieszkały, najpierw przez kilka dni pocieszyłam się jego śnieżną czystością, a potem zauważyłam na suficie jednego z pokoi... wybrzuszenie. Jedno dotknięcie szpachelką, drugie i kawałki sufitu zaczęły odpadać płatami. Prosto na nieprzygotowaną na tę niespodziankę podłogę. W ciągu kilku minut runęła prawie połowa materiału, pokrywającego płyty, z których zrobiono sufit, rozpościerający się nad dwoma pokojami mojego mieszkania. 

Pan od szpachelki na szczęście wiedział, do kogo dzwonić i jak rozmawiać z osobą, która odebrała telefon. Ponieważ pracował przy budowie domu handlowego, stawianego w moim mieście przez tę samą firmę, co mój blok, szybka wymiana zdań wystarczyła, żeby brat właściciela firmy budowlanej przyjechał zobaczyć, co się stało, przywiózł worki z cementem, którym uzupełniono powstałe „ubytki” i rozliczył się we własnym zakresie z panem od szpachelki za zreperowanie mojego sufitu. 

Na zabezpieczenie wadliwie zrobionego sufitu siatką nie wyraził zgody. W ramach rekompensaty za doznaną krzywdę i udobruchania nowej lokatorki obiecał natomiast sprezentowanie w wolnej chwili termostatów do kaloryferów. Na 5 zamontowanych miałam bowiem wówczas działające 2. Termostaty po jakimś czasie dokupiłam sobie sama, i bynajmniej nie po promocyjnej cenie to było, w siedzibie administratora mojego osiedla. 
Nigdzie indziej nie sposób bowiem dostać takich, które pasowałyby do moich kaloryferów.

Wtorek, 29 września, godz. 17.30 Mimo wcześniejszego zarzekania się - sprzątam syf z balkonu.
Środa, 30 września, godz. 9.00 Wizytę na balkonie zaczynam od ponownego zamiatania. Godz. 10.02 Ponownie dzwonię do administracji, po raz kolejny podaję mój numer telefonu. Za moment miła pani oddzwania do mnie z informacją, iż pan, który może zreperować narożnik dachu nad moim balkonem, jest w Warszawie. Do Siedlec przyjedzie w piątek. W tej chwili trudno powiedzieć, o której godzinie mógłby do mnie przyjść. Miła pani, z którą dziś rozmawiałam, będzie ze mną w kontakcie. Zadzwoni w piątek przed południem, a może nawet w czwartek po południu. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak trzymać ją za słowo. 
Niedziela, 4 października, godz. 9.20 W dalszym ciągu trzymam za słowo miłą panią z administracji. Mam nadzieję, że jutro ona lub pan, który może zreperować narożnik dachu nad moim balkonem, wreszcie skontaktuje się ze mną. 
Wtorek, 6 października, godz. 12.15 Miła pani z administracji zadzwoniła do mnie z zapewnieniem, że o mnie pamięta, tylko pana od reperacji dachów nie było, i propozycją umówienia mnie z panem na środę, na godzinę, która mi pasuje. Stanęło na tym, że mam się spodziewać pana specjalisty o godz. 10.00.
Środa, 8 października, po godz. 11.00 Przyszedł pan, jak się okazało, znający się na podbitkach zielonodachowych nie od dziś. I był to najmilszy moment w całej tej sprawie. (Ana)

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości