Niektórzy ludzie potrzebują cudów: znaków na niebie, objawień, wizji, uzdrowień. Potrzebują niezwykłości, nadprzyrodzoności, szczególności. Jestem sceptykiem i do tzw. cudów podchodzę z najwyższą ostrożnością (by nie rzec z nieufnością). Zdecydowanie bardziej odpowiada mi pogląd Jerzego Nowosielskiego (malarza – teologa), który twierdził, że największą, najbardziej widoczną manifestacją istnienia Boga są... ludzie. I miał rację! Utwierdził mnie w tym przekonaniu kolejny cud, jakiego doświadczyłem. Cud tak dojmujący, że chcę o nim napisać. Kilka dni temu byłem w Teatrze Polskim na koncercie Alfreda Schreyera, jednego z ostatnich uczniów znakomitego Bruno Shultza, ale też ostatniego Żyda urodzonego (8.05.1922) i nadal mieszkającego w Drohobyczu.
Pan Alfred był nastolatkiem, gdy wybuchła wojna. Wraz ze swą rodziną i kilkunastotysięczną społecznością żydowską zaznał goryczy i upokorzeń kolejnych okupacji. Zdolności muzyczne dały mu szansę zarobkowania, a tym samym utrzymania siebie oraz rodziców. Przeżył pobyt w drohobyckim getcie – choć nie przeżył go nikt z jego najbliższych. Przeżył trwający tydzień transport do obozu zagłady – choć z jego wagonu nie przeżyła 1/4 z tych, którzy z nim podróżowali. Przeżył gehennę kilku podobozów „kombinatów śmierci” Buchenwaldu i Gross Rosen – choć nie przeżyło blisko 150.000 współwięźniów. Przeżył koszmar tzw. marszu śmierci. Późną zimą 1945 r. hitlerowcy, nie mając czym żywić więźniów, a nie mając sił i środków na ich sprawne i kompleksowe wymordowanie, zarządzili wymarsz licząc, że zimno, głód i wachmani zlikwidują resztę ofiar zbrodniczego systemu. Przeżył, choć kilkuset więźniów-cieni zmarło po drodze. Od śmierci uchroniło go wstawiennictwo współwięźnia Niemca (!), który przekonał celującego do słaniającego się na nogach Alfreda, że jest on… słynnym śpiewakiem operowym.
„Żyję - choć nie miałem prawa przeżyć” - podsumował swą opowieść pan Alfred. Po wojnie wrócił do Drohobycza. Ożenił się. Uczył w szkole muzycznej. Mówi cudowną polszczyzną, mimo choroby jest spontaniczy, życzliwy, wręcz zaraża optymizmem. Nikomu źle nie życzy, choć, jak powiedział: „Miałbym kogo nienawidzieć - tylko po co?”. Będąc emerytem zorganizował zespół muzyczny, z którym występuje dla polonii galicyjskiej, ale bywa i w Polsce wprawiając w podziw słuchaczy dźwięcznym, silnym głosem - właściwym raczej czterdziestolatkowi niż starcowi... Bezpretensjonalny, z dystansem do siebie. Ciepły, wspaniały człowiek... Spotkanie z panem Alfredem było jednym z większych cudów powszednich, jakich doświadczyłem – a (chwalić Boga!) wielu ich już zaznałem. Oby były kolejne… Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!