Reklama

Czy jesteśmy społeczeństwem bliźnich

Do rozmowy na ten temat zaprosiliśmy: s. Anielę Kawulok, która od 40 lat pracuje z osobami starszymi w Domu Opieki „Sarepta” Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Węgrowie, Marię Woźniak, sołtys we wsi Wołyńce, która10 lat temu założyła Wołynieckie Stowarzyszenie „Równy Start” i jest kawalerem Orderu Uśmiechu, dr. Cezarego Kalitę, etyka w Instytucie Nauk Społecznych i Bezpieczeństwa UPH w Siedlcach, Tadeusza Paciorka, psychologa, terapeutę, wolontariusza, który pracował ze skazanymi, anonimowymi alkoholikami, osobami upośledzonymi umysłowo, obecnie zajmuje się podopiecznymi DPS w Mieni.

Red. – Kim jest bliźni? Czy głównie tym, kogo znamy? Na czym polega chrześcijańska rewolucja moralna w traktowaniu drugiego człowieka?
dr Cezary Kalita – Pojęcie bliźniego jest wytworem chrześcijaństwa. Starożytni Grecy dzielili ludzi na wolnych obywateli i pozostałych, głównie niewolników. Człowiekiem był ten, kto miał zdolność podejmowania ważych decyzji i działał dla wspólnoty. Rozumiano więc to pojęcie bardzo elitarnie.
Dla starożytnych Greków i Żydów stosunek do drugiego człowieka wiązał się z miłością rozumianą jako moc udoskonalająca. Miłość to pragnienie. Czego mogę pragnąć? Tylko lepszego – nikt nie pragnie gorszego. Stąd religie Greków i Żydów opierały się na założeniu, że byt mniej doskonały – człowiek, może kochać tylko byt bardziej doskonały – bogów lub Boga. Gorszy mógł kochać wyłącznie lepszego – nigdy gorszego. Przesłanie Chrystusa było więc kompletnie niezrozumiałe dla Żydów i Greków, bo on nakazywał kochać wszystkich – także tych uważanych za gorszych. Dlaczego Bóg miałby kazać kochać gorszego? – pytano...
Red. – I chyba coś z tego zostało nam do dziś, bo „kocha się”, czyli okazuje szacunek, głównie tym „lepszym” – wyżej stojącym w hierarchii społecznej.
s. Aniela Kawulok – Najczęściej za bliźnich uważamy tych, którzy są obok nas, ale rzadko zastanawiamy się nad niedolą mieszkających dalej: na sąsiedniej ulicy, w innym mieście, kraju...
W mojej pracy nie wytrzymałabym bez miłości tyle lat. Pomagam ludziom nie dlatego, że robię im łaskę, ale dlatego, że taka jest moja chrześcijańska powinność wobec drugiego człowieka – bliźniego, bez względu na to, kim jest, jaki ma status społeczny czy materialny. Aby skutecznie pomagać, trzeba pozyskać zaufanie potrzebującego. Musimy go przekonać, że pomagamy, bo go szanujemy jako osobę ludzką.
Maria Woźniak – Podpisuję się pod słowami siostry i tym mocniej boleję nad tym, że taka postawa, niestety, zanika. W czasach mego dzieciństwa, gdy ktoś we wsi budował dom, pomagało mu wielu sąsiadów, i to bezinteresownie! W dni wolne ludzie siadali przed domami, rozmawiali ze sobą, odwiedzali się nawzajem, żywo interesowali się losem innych. Dziś posesje stały się czymś w rodzaju fortec izolujących mieszkańców od otoczenia, a prawie każda wyświadczona przysługa jest opłacana... Nie pamiętam, bym za mojego dzieciństwa widywała na furtkach tabliczki „Uwaga, zły pies” – dziś nieliczne obejścia nie mają takich ostrzeżeń. Gdy – jako sołtys – roznoszę urzędowe dokumenty, czasami mam obawy, czy jestem dobrze widziana.
Red. – Jak to się ma do deklarowanej religijności polskiej wsi?
M.W. – To jest bolesne, co powiem: Przybywa ludzi, którzy, co prawda, chodzą do kościoła i zewnętrznie spełniają nakazy religijne, ale nie ma to wielkiego wpływu na ich życiowe wybory i postawy.
Co w tej sytuacji można powiedzieć o wrażliwości na niedolę innych? Ludzie zamykając swe obejścia, zamykają się na bliźniego.
Tadeusz Paciorek – Ujmę ten problem dosadniej: Wiara jest fasadowa. Istnieje rytuał chodzenia do kościoła, bo środowisko pilnie obserwuje. Może to i dobrze, ale nijak się ma do nakazu chrześcijańskiej miłości. Są rodziny, w których starsi żyją w brudzie, zaniedbaniu, zabiera się im emerytury, jeśli je mają... Sąsiedzi doskonale o tym wiedzą, ale obowiązuje zasada: „My nie mieszamy się do nikogo, to niech i do nas nikt się nie wtrąca”. Biją się? Dokuczają babce? Poniewierają matką? To ich sprawa. Pilnuj siebie... Dlatego ludzie, choć widzą osoby potrzebujące wsparcia czy krzywdzone, nie reagują.
Postawy otwartości, życzliwości, wrażliwości kształtują się w domu, w środowisku, a jeśli tych cnót nie praktykują dorośli, to skąd mają je znać dzieci? Osobowość tworzy się w pierwszym okresie życia. Wówczas następuje przyswajanie, poprzez naśladowanie, zachowań dorosłych. Dzieci słuchają i obserwują, jak starsi mówią o innych, jakimi zasadami się kierują, co jest dla nich ważne. Widzę tu zaniedbania ze strony duszpasterzy, którzy mówią o życiu chrześcijańskim z ambon, ale nie pilnują wdrażania jego zasad wśród wiernych.
Red. – Czy miłość bliźniego stała się zjawiskiem elitarnym, dotyczącym zawężającej się części naszego społeczeństwa?
C.K. – Tak, ale... to nie jest nic złego. Robimy bowiem błąd chcąc budować funkcjonalny układ społeczny na emocji, jaką jest miłość bliźniego. Nawiążę do wypowiedzi siostry, która traktuje swój wysiłek jako obowiązek wobec podopiecznych. Owszem, czerpie siły z wiary, ale postępuje zgodnie z dyspozycją sformułowaną przez dwudziestowiecznego filozofa Levinasa: „Widząc twarz drugiego człowieka biorę za niego odpowiedzialność”. Na tym polega elitarność miłości bliźniego. Większość z nas natomiast uwierzyła, że wystarczy być miłym, sympatycznym, deklaratywnie kochać innych. To łatwe, bo nie wymaga aktywności.
Jeśli powszechnie uważa się, że miłość bliźniego jest „dobrą wartością”, to któż się od niej odżegna? Ale to za mało! Od emocji ważniejsza jest cnota rozumiana jako stała dyspozycja do czynienia dobra. Oto ja mam się starać, mam obowiązek pomagania, a nie mówienia, że mi kogoś żal i roztkliwiania się nad nim. Miłość bliźniego to – powtarzam – obowiązek niesienia pomocy. Jak mawiał Sokrates: „Oprócz dobrego słowa daj kromkę chleba”.
Czyn, aby był moralny, musi wynikać z poczucia obowiązku, a nie ze skłonności, doraźnej predyspozycji czy kaprysu.
A.K. – Zgadzam się z tą opinią, a jeszcze bardziej z poglądem, że jeśli dziecko nie wyniesie z domu dobrych nawyków, to nie można oczekiwać, że w dorosłym życiu będzie inne „samo z siebie”. To Pan Bóg może zmieniać człowieka i uczyć go kochać bliźniego.
C.K. – W większości rodzin pierwszymi słowami, jakie słyszymy jako dzieci, są ostrzeżenia: „Nie ufaj obcym!”; to uczenie braku zaufania do drugiego człowieka. Zaraz potem idzie „nauka”: „Nie wyróżniaj się, bądź jak wszyscy wokół ciebie”. To powoduje, że zaczynamy się zamykać na otoczenie i to nie tylko na wsiach, o czym mówiła pani Maria, ale także w miastach. Różnica jest taka, że na drzwiach mieszkań w blokach nie ma tabliczek: „Uwaga, zły pies”.
M.W. – Rodzice, pozwalając dzieciom uczestniczyć w zajęciach naszego stowarzyszenia, jednak okazali pewną dozę zaufania. Z mojego doświadczenia wynika też, że nawet jeśli dzieci są wychowane w duchu nieufności, to – gdy wykaże się dość cierpliwości i serca – można ich lęk zredukować. Widząc, że dorośli pracujący w stowarzyszeniu robią coś dobrego – przyłączają się samorzutnie, bez zachęt i ponaglania. Te dzieci wyróżniają się pozytywnie i później: są śmiałe, otwarte, ciekawe świata, chętne do współdziałania.
T.P. – Pozytywnej przemiany może dokonać tylko osoba, która oddaje bliźniemu najlepszą część siebie. Pani słowa potwierdzają, jak wiele dobrego może zrobić ktoś obdarzony autorytetem.
Angażowanie się w pomoc innym nie może jednak odbywać się kosztem własnego życia. Nie wolno zapominać o higienie psychicznej, bo postawa zatracenia się w świadczeniu miłości nie tylko wpływa ujemnie na jego jakość, ale i na kondycję pomagającego.
A.K. – Czyli „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”...
T.P. – Tak jest! Nie mogę kochać drugiego, gdy sam jestem wykończony, zestresowany, ledwie się trzymam na nogach. A jak siostra radzi sobie z tym problemem?
A.K. – Przede wszystkim pomaga mi modlitwa i zawierzenie Bogu. Innym sposobem są rozmowy z osobami, do których mam zaufanie, na szczęście nie brakuje ich wokół mnie. To wreszcie odpoczynek potrzebny do pozbierania myśli i zregenerowania sił fizycznych. A potem wracam do pracy, bo nie można być w pełni człowiekiem żyjąc tylko dla siebie... Jestem potrzebna swoim podopiecznym, ale i oni są potrzebni mnie.
Red. – Jak pomagać skutecznie? Czy wrzucenie monety do kubeczka żebrzącego albo do kościelnej puszki z napisem „Datki dla ubogich” są aktami miłości bliźniego?
C.K. – Dać pieniądze jest najłatwiej. Państwo tutaj obecni dajecie odpowiedź na pytanie o skuteczność pomocy. Wszyscy pracujecie w ramach jakichś instytucji – uogólniając – stowarzyszeń. To jest klucz! Można pomagać tak heroicznie, jak siostra, ale można ciut mniej, jak pani Maria czy pan Tadeusz. Potrzebny jest jednak pewien układ funkcjonalny, organizacja, bo rodzina jest zbyt hermetyczna, nastawiona na zaspokojenie własnych potrzeb i ambicji, a przez to nie dość otwarta na otoczenie.
Pani Maria zrobiła niby drobiazg – zebrała i „otworzyła” dzieci ze swojej wsi. One nagle zobaczyły, że można ufać nie tylko członkom swego „klanu”, ale także innym osobom.
M.W. – Zdarzało mi się, że dzieci mówiły mi – jako swojej przyszywanej cioci – o tym, o czym nie miały odwagi powiedzieć rodzicom.
C.K. – Proszę zauważyć, jak silne są więzy kulturowe: Używając słowa „ciocia” dzieci niejako włączają panią w krąg swej rodziny, co potwierdza tezę o hermetyczności rodzin naturalnych. Nie poprawimy jakości naszego życia, jako społeczeństwa, wyłącznie poprzez rodzinę, a tym bardziej indywidualnym wysiłkiem. Trzeba działać na rzecz innych w strukturach opartych na wzajemnym zaufaniu. Społecznikostwo – mówię to z pełnym przekonaniem – jest naszym obowiązkiem.
Proszę zwrócić uwagę, jak zmieniła się struktura społeczna: Kiedyś człowiek był dzieckiem, potem miał własne dzieci, z którymi przebywał, na koniec umierał. Dziś jest dzieckiem, potem ma własne dzieci, które odchodzą, gdy ma 40-50 lat i pozostaje mu następnych trzydzieści. Trzeba więc odpowiedzieć na pytania: Kim jestem i co zrobić z czasem, który mi pozostał? Dlaczego zatem nie działać na rzecz innych w ramach jakiegoś stowarzyszenia?
T.P. – Niechęć do współdziałania wynika właśnie z braku zaufania. Zgadzam się z poglądem, że polskie rodziny, niestety, wpływają destrukcyjnie na zdolności do działania na rzecz innych. Mamy niejako genetyczną skłonność do podejrzliwości wobec osób przejawiających inicjatywę. Bo jeśli ktoś, załóżmy, skrzykuje ludzi, by założyć fundację, to natychmiast znajdują się tacy, co pytają: „A po co? Co on z tego chce mieć?”
M.W. – Skąd ja to znam!?
T.P. – Może być i tak, że natychmiast pojawia się druga, konkurencyjna organizacja, zamiast zespolić siły w jednej, by działać skuteczniej. Przekora i megalomania – oto nasze narodowe przywary. Wielką winę ponosi tu system oświaty, który zamiast uczyć współdziałania, pracy w zespołach, promuje współzawodnictwo. Panuje zasada: bądź najlepszy wbrew drugiemu i przeciwko drugiemu. Niech cię inni nie obchodzą, skup się na sobie.
Red. – Gdzie więc podziała się tak mocno eksponowana w chrześcijaństwie zasada wspólnotowości, „noszenia brzemion jednych przez drugich”?
M.W. – Opowiem coś z mojego doświadczenia. Przy okazji współpracy z „Bankiem Żywności”, w ramach której wspieramy najuboższych, pojawiają się głosy, że pomoc trafia nie do tych, co najbardziej potrzebują. Tłumaczę, że skoro na każdym woreczku z żywością jest napisane „Dla najuboższej ludności”, to ten, kto przychodzi po pomoc, dostatecznie się upokorzył przed samym sobą. Wskaż – proszę krytykującego – komu trzeba pomóc, a ja pójdę i spytam, czy chce tej pomocy. I tu zapada cisza...
Okazuje się, że ci bliźni, którzy mieszkają obok siebie, w podobnych warunkach bytowych, choć mają te same możliwości uzyskania wsparcia, są wobec siebie zawistni i niechętni. Zasadne jest więc pytanie o przyczyny zagubienia idei wspólnotowości czy wręcz negowania nakazu „noszenia brzemion innych”.
Z drugiej strony, rośnie krąg wspierających nasze wysiłki, którzy godzą się na to, że nie zapłacimy im – na przykład – za benzynę, jeśli przywiozą żywność z magazynów. Co więcej, choć przybywa mogących skorzystać z pomocy, to niektórzy odstępują swój „deputat” tym, którzy ich zdaniem są w gorszym położeniu. To jest cudne!
A.K. – Ta satysfakcja jest mi znana. Do naszego domu opieki trafiają różni ludzie. Są tacy, którzy uważają, że jeśli płacą, to im się wszystko należy i powinni być traktowani w sposób szczególny. Pierwszym krokiem jest delikatne, ale stanowcze wyjaśnienie, że wszyscy pensjonariusze mają te same prawa i obowiązki.
Red. – Czy tworzymy społeczeństwo bliźnich, czy raczej jesteśmy sobie „wilkami”?
C.K. – Wilki współpracują ze sobą... Uważam, że człowiek jest z natury zły, ale wie, co dla niego dobre. Dlatego ważne są działania czyniące nas dobrymi – wracam do roli stowarzyszeń. I tylko dzięki zaangażowaniu się w pracę na rzecz środowiska mamy szansę stać się społeczeństwem bliźnich, czyli ufających, życzliwych sobie ludzi. A stanie się tak wówczas, gdy miłość bliźniego będzie postrzegana jako obowiązek, a nie wyświadczanie łaski karmiące naszą próżność.
 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości