Nie cieszy mnie wygrana p. Komorowskiego - choć liczyłem, że to on zostanie prezydentem RP. Nie cieszy mnie przegrana p. Kaczyńskiego, bo za półtora roku może sięgnąć po realną władzę - urząd premiera RP. Sytuacja jest patowa i w każdej z tych manifestacji (faktycznej i możliwej) groźna dla Polski.
Nie sądzę bowiem, aby mający przed sobą wybory samorządowe i parlamentarne premier Tusk zdecydował się przeprowadzić niezbędne reformy społeczne (emerytalną, służby zdrowia) oraz radykalnie zmniejszyć dług publiczny. (Nie będzie już mógł swych zaniechań złożyć na karb złej woli prezydenta). Jeśli tak się stanie, czeka nas półtora roku dreptania w miejscu, czarujących uśmiechów i zaklinania rzeczywistości. Prezydent zaś - choć z tej samej formacji - nie będzie mógł nam, społeczeństwu, pomóc, boć nie zgłosi (do czego ma prawo) projektów rozwiązań systemowych, sprzecznych z doraźnym interesem platformerskiego rządu. Z kolei brak inicjatywy PO z pewnością wykorzysta PiS, które może wygrać wybory parlamentarne, a to będzie mniej lub bardziej zawoalowana recydywa IV RP. Gdybyż jeszcze można było z nią wiązać nadzieje na zmiany owe - ale nie można. Głównie dlatego, że już prezydent Komorowski stanie się hamulcowym prób zmian, proponowanych wówczas przez premiera Kaczyńskiego (skąd my to znamy?). Z kolei ten, bojąc się spadku popularności, zechce zająć naszą, społeczeństwa uwagę igrzyskami: polityką historyczną, tropieniem afer i umacnianiem specłużb. (Wolałbym nie przeżywać spektaklu pt. Ziobro - reaktywacja). Nie wierzę w żadną duchową cud-przemianę p. Kaczyńskiego, a jego zdumiewające wypowiedzi (jak choćby tę, uznającą tow. E. Gierka za patriotę i wyrzeczenie się używania terminy postkomuna wobec lewicy) kładę na karb szaleństwa (oby doraźnego) niż programowej wolty. Z miłości do nienawiści droga jest krótka, ale w drugą to i życia może być mało, by ją przejść...
Chciałbym też zwrócić uwagę na jeden bardzo ważny fakt, który jakoś umknął uwadze komentatorów. Grzegorz Napieralski, kandydat lewicy, zebrał 14% poparcia, ale nie zdecydował się „przekazać” ich ani p. Kaczyńskiemu, ani p. Komorowskiemu. Z badań wynika, że 3/4 elektoratu lewicy wsparło kandydata PO, a biorąc pod uwagę jego mikrą (oj, mikrą!) przewagę, nasuwa się wniosek, że w wyborach starły się dwa „żelazne” elektoraty pretendentów, które nie powiększyły się w ciągu dwu tygodni. Zatem szalę zwycięstwa przechylili właśnie Polacy, deklarujący jako socjaldemokraci. Byłbyż to początek krzepnięcia tej formacji? Zapętlenie sytuacji pytanie o wielopłaszczyznowe skutki tych wyborów czyni ważnym, jeśli nie kluczowym dla naszej pomyślności. Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!