Reklama

Kasia

Kiedy to było?.. Ile wtedy mogłem mieć lat: osiem, dziewięć? W stancyjnym pokoju mieszkali uczniowie ostatniej klasy technikum. Łaziłem do nich nieustannie. I dlatego, że imponowali mi swoją dorosłością, i że mieli magiczne przedmioty, którymi kreślili przedziwnie intrygujące kształty na arkuszach kalki technicznej, ale głównie dlatego, że mieli adapter „Bambino” i wiele płyt. A ja uwielbiałem muzykę. Gdy chłopcy mieli pilną robotę, a moja obecność im wadziła (pogonić mnie nie mieli serca), puszczali jakąś płytę, a ja kucnąwszy przed głośnikiem słuchałem i słuchałem - i ciągle było mi mało...

Tak było i wtedy, gdy wdrapałem się na poddasze. Chłopcy pospołu pracowicie zapełniali liniami i łukami płachtę kartonu.
- Cześć, krasnalu! - rzucił jeden. - Mamy robotę. Puszczę ci coś nowego. Słuchaj i nie przeszkadzaj, bo projekt musimy skończyć na jutro.
I puścił. Był to nowiuśki longplay zatytułowany „Czerwono-Czarni”. Wtedy właśnie pierwszy raz usłyszałem Kasię Sobczyk w „Czterech makach”, ale przede wszystkim w „Małym księciu”. Boże, jak ta piosenka podziałała na wyobraźnię! Jak za mną łaziła, jak przyciągała... Do tego stopnia, że gdy chłopcy byli w szkole, zakradałem się do ich pokoju (łamiąc surowy matczyny zakaz!) i założywszy TĘ płytę na adapter słuchałem jej po cichutku - nasłuchując, czy aby nie trzeszczą schody prowadzące do pokoju na poddaszu.

Byłem za smarkul, żeby znać dzieje książkowego Małego Księcia i Róży, ale Kasia uczyniła mi bliskimi te postaci i uświadomiła mi pewne zjawiska, których wówczas jeszcze nie przeczuwałem. Ilekroć słyszę tę piosenkę, przenoszę się do tamtej rzeczywistości. Znów widzę siebie - pętaka w powyciąganych rajstopach - gdy słuchając Jej głosu w tamtej, smarkatej wyobraźni, szwendam się po nienazwanej planecie smakując uczucia, o których śpiewała.
Pewnie jestem banalny (a może i jeszcze gorzej - sentymentalny), bo dziś, gdy Kasia uleciała gdzieś, na jedną z wielu gwiazd, gdzie ogród jest z tysiąca róż, wspominający Ją nawiązują do „Małego księcia”. Ale jak mówić? – choć Kasia śpiewała wiele pięknych ballad, ta była ze wszech miar wyjątkowa. Poza wszystkim innym właśnie „Mały książę” wyniósł Ją na parnas gwiazd rodzimego big-bitu, na którym wychowały się dwa pokolenia Polaków.
Kasiu, dziękuję Ci za wzruszenia, których zaznałem za sprawą Twej sztuki. Będę mi one towarzyszyć do chwili, gdy po domknięciu się kręgu mego żywota przeniosę się na przydzieloną mi gwiazdę, a potem - jak niegdyś, w pokoju na poddaszu - przycupnę sobie gdzieś cichutko i będę wreszcie mógł Cię posłuchać; na żywo...
Boxer

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości