Rosja ma wśród Polaków historycznie zasłużenie złą opinię. Rusowie, a później Wielkorusowie w okresie formowania swej państwowości, a później - od reform Piotra I - Rosjanie czegoś nas nie lubili. Wadzili się z nami, wyprawiali się orężnie, nasze białogłowy nadobne niewolili i zagarniali dobra, jakie tylko im się nawinęły.
Owszem, inni Słowianie też nas najeżdżali, ale pewnie dlatego, że ich napaści miały walor doraźnej akcyjności łupiestwa, to i szkód mniejszych nam przyczynili, to i my jakoś mniej pamiętliwi wobec nich jesteśmy. Ale Rosjanom niczego nie zapominamy: ani udziału w rozbiorach, a już najbardziej pochodu wojennego roku 1920 i Katynia.
Aż przyszedł rok 1989 i nasze kraje - jak się zdawało - uwolniły się od siebie i poszły własnymi drogami. Ale tylko się zdawało, bo złoty dwugłowy orzeł, który znowu przysiadł na Kremlu, bardzo zaczął się starać tak daleko rozpostrzeć swe skrzydła, aby skryć w ich cieniu krainy i sprawy, które wymknęły się Rosji spod kontroli po upadku krasnej gwiazdy. Co więcej, rości orzeł ów sobie pretensje do wpływu na kraje, które definitywnie już się usamodzielniły. Przykładem mogą być oczekiwania władców Rosji, żeby wcześniej Polska, a teraz Rumunia i Bułgaria tłumaczyły się z chęci nawiązania szerszej współpracy z NATO. Owszem, te zamiary mają prawo niepokoić - tak jak nas niepokoją powtarzane od czasu do czasu zapowiedzi rozmieszczenia rakiet z głowicami jądrowymi w Obwodzie Kaliningradzkim.
Jednak z całą pewnością sposobem na Rosję nie są nawoływania do zaostrzenia „kursu wobec Kremla”. A w jaki sposób - pytam? Czym możemy postraszyć rząd rosyjski? Co mamy, czego nie mają Rosjanie, a czego brak może ich skłonić do polubienia Polski - bo przecież nie do uległości? Dlatego bardziej drażnią mnie, niż bawią mrzonki tych czy innych tzw. polityków wieszczących, że jeszcze przyjdzie czas, że rosyjski niedźwiedź zatańczy w rytm oberka. Bzdura! Nigdy do tego nie dojdzie, przede wszystkim dlatego, że Rosjanie są równie dumnym narodem, co my, Polacy.
W historii bywało różnie: nas napadano, myśmy napadali. Historycy zaś - też ludzie dumni - tak piszą podręczniki, aby wytłumaczyć „naszych”, gdy napadali, albo wykazują nikczemność napadających, gdy nas napadnięto. A iluż zna szczegóły co najmniej siedmiu wielkich pochodów polskich armii, które roznieciły w Rosji wojenną pożogę, niewoliły tamtejsze białogłowy nadobne i zagarniały dobra, jakie tylko się nawinęły?
Skończmy już „zajeżdżanie kobyły historii”, bo bardziej od martyrologii potrzeba dziś pragmatyzmu i biegłości dyplomatycznej. I sam nie wiem, czego naszej tzw. klasie politycznej brakuje bardziej... Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!