Reklama

Magda Zawadzka wspominała Gustawa Holoubka

Trudno zgadnąć, czy osoby, które 22 września do ostatniego miejsca wypełniły salę Muzeum Regionalnego w Siedlcach, gdzie zorganizowano spotkanie z Magdaleną Zawadzką, promujące książkę jej zmarłego w ubiegłym roku męża, Gustawa Holoubka, przyszły tak licznie ze względu na zainteresowanie "Wspomnieniami z niepamięci" wybitnego aktora, czy też z chęci zobaczenia na żywo jego równie utalentowanej żony.

Jedno jest pewne - wspomnienia, spisane przez Gustawa Holoubka, kończą się w momencie, w którym większość książek autobiograficznych zaczyna się rozkręcać. 

"Zdaję sobie sprawę, że (...) nie sprostałem oczekiwaniom niektórych Czytelników, którzy w pamiętnikach aktora spodziewają się znaleźć informacje o jego karierze i wszystkich związanych z nią przygodach. Moim zamiarem było tylko pokazać drogę do aktorstwa z pominięciem jego opisu i oceny, która, jak mi się zdaje, nie do mnie należy" - napisał w rozdziale, kończącym książkę Gustaw Holoubek.

Ostatni rozdział "Wspomnień z niepamięci", zatytułowany "Po wojnie", ilustacyjnie kończy zdjęcie, wykonane w 1946 r. przed Teatrem im. J. Słowackiego w Krakowie. Rok później G. Holoubek ukończył studia w krakowskim Państwowym Studiu Dramatycznym (przekształconym z czasem w Państwową Wyższą Szkołę Teatralną). Ostatnią chronologicznie fotografią, zamieszczoną we "Wspomnieniach...", jest zdjęcie, wykonane 31 grudnia 1948 r. w Teatrze Starym w Krakowie, podczas premiery "Romansu z wodewilu". Magda Zawadzka miała wtedy 4 lata. 

We "Wspomnieniach z niepamięci" próżno szukać choćby wzmianki o kobiecie, która była żoną Gustawa Holoubka przez 35 lat. Czy dlatego, że była jego trzecią żoną? Czy też dlatego, że "Wspomnienia...", po raz pierwszy wydane 10 lat temu, jeszcze za życia aktora, dotyczą głównie jego dzieciństwa i młodości, spędzonych w ukochanym, magicznym Krakowie? 

"Był typowym krakowianinem. Ponoć krakowianie najlepiej się czują u siebie na Rynku. Nie lubią opuszczać grodu ojców. Takie krążą opowieści. Przypominam sobie, że kiedyś powiedział takie mądre stwierdzenie: w kropli wody jest cały świat, co oznacza, że nie trzeba być wszędzie, żeby coś wiedzieć. Można sobie wiele rzeczy wyobrazić. Ja jednak jestem podróżniczką. Wolę zobaczyć na własne oczy niż wyobrażać czy czytać. Zaraziłam męża chęcią podróży, to znaczy w pewnym sensie go do tego przymusiłam. Mówiłam: jedziemy tu, czy tam, a on... bardzo chętnie ze mną jeździł - opowiadała o życiu z Gustawem Holoubkiem Magda Zawadzka, która w 1973 r. została jego żoną. 

G. Holoubek - szóste, najmłodsze i zarazem jedyne wspólne dziecko wdowy Eugenii, matki trzech synów z pierwszego małżeństwa i Gustawa, który po śmierci pierwszej żony został z dwójką dzieci snuje swoje wspomnienia piękną polszczyzną - z kulturą i klasą, o które dziś coraz trudniej.

Dzieli się z nami okruchami pamięci o cudownym ojcu i o zapachu ukochanej matki. O szkole, w której "nie trzeba było niczego się uczyć". O bramce, która "jest wściekle obszerna dla bramkarza i (...) wąska i niska dla tego, kto ją atakuje". [Magda Zawadzka sprostowała przy okazji, że nieprawdą jest, iż Gustaw Holoubek kiedykolwiek powiedział, że chciałby być pochowany na boisku, pod bramką Krakovii. Nie prawda, nigdy  niczego takiego nie powiedział]. O czterech "spośród dziesiątków krakowskich świątyń, które promieniują pięknem i swoją historią opisują miasto, jego dzieje i znamienitych mieszkańców". O przedwojennych Wigiliach i świętach Bożego Narodzenia, w które to zawsze padał śnieg. Wreszcie o wojnie i okupacji.  

"Chciałem moim drogim dzieciom, Ewie, Magdalenie i Jasiowi, i mojemu wnukowi Piotrowi, z którymi tak strasznie mało rozmawiałem - przedstawić się. Powiedzieć im, kim byłem, kim jestem i kim chciałbym być. Aby do tego, co o mnie od innych usłyszą, usłyszeli jeszcze głos bardzo ich kochającego ojca" - czytamy w zakończeniu "Wspomnień...". 

Reklama


Magda Zawadzka, przyznała, że nie miała możliwości poznać Eugenii Holoubkowej - mamy Gustawa. "Wynikało to po prostu z samego życia. Gustaw był w wieku moich rodziców, a więc jego mama była już osobą mocno starszą, kiedy pojawiłam się w życiu Gustawa. Na samym początku naszej znajomości, ponieważ nasze sprawy życiowe były nieuregulowane, nie chciał mamy, starszej pani kłopotać swoimi nowymi w życiu zmianami" - przyznała szczerze Magda Zawadzka. Dodała jednak, że gdy zapytała męża, czy przypadłaby do gustu jego mamie, zapewnił, że tak, bo Basia Wołodyjowska, którą Magdalena Zawadzka zagrała w ekranizacji "Pana Wołodyjowskiego" i serialu "Przygody pana Michała" (1969), była ulubioną bohaterką jego mamy.

"Gustaw był bardzo towarzyski. Gdy ludzie pytają mnie, czy Gustaw był w domu taki poważny, jak na scenie, to mi naprawdę ręce opadają, ponieważ ja bym nie mogła być związana z jakimś nudnym mentorem" - wyznała szczerze pani Magda.

"Gustaw uważał siebie za całkowicie przeciętnego człowieka. Nigdy nie miał poczucia wyższości nad innymi, ani bycia kimś wyjątkowym. Był takim samym normalnym człowiekiem, jak wszyscy inni na około. Ja wiem, że był wielką osobowością, że był naprawdę wyjątkowym, niespotykanym człowiekiem, ale to ja mówię. Natomiast on siebie uważał za całkowicie przeciętnego człowieka. Nigdy nie miał poczucia wyższości nad innymi. Ani on się tak nie czuł, ani ja. Nasze życie było tak samo proste i normalne, jak innych ludzi. U nas nie było dyskusji na temat, kto wyniesie śmieci. Mój mąż nigdy nie powiedział: nie splamię się obieraniem kartofli. Nie było też tak, że mój mąż nie zniży się do zrobienia śniadania czy kolacji. 

Zarówno mąż, jak i ja uważaliśmy, że nie ma nic straszliwszego, niż uciekanie od życia. Jak staranie się wejść w jakiś wymiar, z którego potem już nie ma ratunku. Można już tylko zostać kompletnym kabotynem. Trzeba po prostu żyć normalnie i cieszyć się życiem. Martwić się tym, co jest ważne, a nie drobiazgami, którymi ludzie często lubią sobie zatruwać życie" - dodała.  

"Nasz zawód był wyjątkowy dla nas. Bo myśmy go sobie wybrali właśnie z tego powodu, że dawał szansę czegoś nadzwyczajnego. A ta szansa polega na tym, że bez względu na to, czy maluję, czy piszę, czy komponuję, dawała możliwość ucieczki od szarej codzienności". Ale "tylko wtedy można dobrze grać na scenie, czy w filmie, jeżeli w życiu się nie gra". "Gustaw szedł na premierę jak na bal".  

Być może trudno będzie Państwu w to uwierzyć, ale Gustaw Holoubek czytał nie tylko "biografie, autobiografie, ale i... kryminały. Namiętnie. Ale te najlepsze. Był zafascynowany kryminałami. Uważał, że kryminał jest sumą wszystkich innych książek. Dobry kryminał był wg niego taką samą literaturą jak Dostojewski, Reymont czy Szekspir. Ma wszystkie wątki te same". 

Nie chcę, żebyście Państwo myśleli, że ja tu zatajam jakieś ciemne strony księżyca, a dzielę się z Wami tylko tymi jasnymi. Po prostu zgadzaliśmy się co do pryncypiów. Proszę mi wierzyć, ja jestem teraz w sytuacji osoby, której zostały jedynie wspomnienia. Pielęgnuję je i szanuję, dzielę się nimi z Państwem dlatego, bo chcę zachować na dłużej pamięć o bliskim i bardzo ważnym dla mnie człowieku. Chcę, żeby ta pamięć poszła gdzieś dalej. 

Gdy prosząc Magdę Zawadzką o autograf, dziękuję za genialną "Calineczkę", którą nagrała dla dzieci na płycie "dawno, dawno temu", uśmiecha się i z właściwą sobie otwartością mówi: "wcale mnie to nie dziwi, że pani ją pamięta. Mnóstwo małych dziewczynek wychowało się na tej "Calineczce", a potem jeszcze na "Alicji w Krainie Czarów". Cieszę się, że do dziś je pamiętają". Patrząc na złożony przed chwilą przez aktorkę autograf, zauważam, że złożyła go tuż pod tytułem książki, na jednej z pierwszych jej stron. Jej dosłowny autograf - tylko imię i nazwisko, napisany bez daty, miejscowości czy dedykacji - idealnie koresponduje z wydrukowanym autografem Gustawa Holoubka.

"Chciałam wytłumaczyć, że tutaj nie spóźniłam się na spotkanie z Państwem. Ja byłam punktualnie, tylko pan dyrektor prosił, żeby opóźnić rozpoczęcie tego spotkania o kilka minut, żeby Państwo, którzy przyjdą troszkę później, nie skradali się, nie rozpraszali nas. Staram się być punktualna. Nie zawsze mi to wychodzi. Wolę wszystko zapisać sobie w kalendarzu, bo niestety, mam taki kłopot, że jestem roztargniona. Mam tu głównie na myśli nie jakiś lekceważący stosunek do kogokolwiek, tylko roztargnienie. Jest to taka dyspozycja organiczna, którą trudno wyeliminować, bo taki, a nie inny ma się charakter. 

Myśmy kiedyś z mężem kupili sobie pierwszy wspólny w życiu samochód. Mąż był przeszczęśliwy, bo to był jego w ogóle pierwszy w życiu samochód. Od razu się w nim szalenie zakochał. Radość z kupna tego auta mieliśmy świętować w Krakowie. Obchody tego naszego "święta" miały polegać na tym, że pojedziemy we dwójkę do Krakowa i cały dzień spędzimy na przyjemnościach. Zostawiliśmy samochód na parkingu strzeżonym i udaliśmy się w miasto. Byliśmy i na krakowskim Rynku, i u Wierzynka, i pod Jaszczurami. Wreszcie udaliśmy się na dworzec kolejowy i z biletami w ręku wsiedliśmy do pociągu do Warszawy. Wysiedliśmy na pierwszej możliwej stacji, która była już odległa od Krakowa o kilkadziesiąt kilometrów... I wracaliśmy po ten samochód. Furmanka nas wtedy podwoziła, milicja. Na piechotę szliśmy. To było straszne, ale myśmy się cały czas z siebie śmiali. Ani ja jemu, ani on mnie nie zrobił awantury: trzeba było przypomnieć, no przecież wiedziałaś - bo ludzie tak ze sobą rozmawiają - mówiłem ci tyle razy, a ty mimo wszystko. Nie było takich rozmów między nami i tak dalej. Myśmy się śmiali ze swojego roztargnienia. Oboje byliśmy tak samo winni. Bogu dzięki, że byliśmy TACY SAMI pod tym względem".   


tekst i zdjęcia: Aneta Abramowicz

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości