Reklama

Na najbliższej ambonie kupę zrobiłem

Z autochtonów zostały tu dwie osoby. Reszta to przyjezdni z Warszawy, łatwo się wpasować. Mam też sąsiadów amiszów, mój syn chodzi do nich codziennie na angielski. Ich krowy pasą się na naszym terenie. Bardzo sympatyczni ludzie, uczynni, porządni. Nie są ortodoksyjni, mają prąd, samochód, komputer, telefon. Tyle że dziewczynki chodzą w długich sukienkach - tak o rodzinie Anity i Jakuba Martinów, mieszkających w lesie pod Mińskiem Mazowieckim opowiada na łamach dzisiejszej "Polityki" Grzegorz Lindenberg - dziennikarz i socjolog, jeden z założycieli "Gazety Wyborczej" oraz założyciel i pierwszy redaktor naczelny "Super Expressu".


fragmenty rozmowy "o porankach bez gazet - Wróciłbym mądrzej" Janiny Podgórskiej z Grzegorzem Lindenbergiem, opublikowanej w najnowszej "Polityce" Nr 49 (2734) z 5 grudnia 2009 r.

"(...) jak się tu już wróci z miasta, człowiek trochę zapada się mentalnie. Nie chce się jechać wieczorem drugi raz. Jak się tu sprowadzałem, wyobrażałem sobie, że to będzie miejsce ładowania baterii: będę odpoczywał i nabierał energii do pracy. Wręcz przeciwnie. Zacząłem rozumieć, dlaczego rolnikom wszystko tyle czasu zajmuje. Zanim człowiek wstanie, podrapie się, wyjrzy za okno, robi się jedenasta. Człowiek się przestawia, nie chce mu się tak strasznie zasuwać.

- Nie brakuje panu adrenaliny z dawnych lat?

- Brakuje, ale nie potrafię znaleźć niczego, co by mi jej dostarczyło. (...)

- Zaczął pan hodować marchewkę w ogródku?

- Nie, ja jestem antytalent hodowlany. Ale zobaczyłem, jak wygląda sójka. Pod dom podchodzą bażanty, czaple, żurawie, sarny. Budzi mnie dzięcioł, który stuka w ściany. Raz nawet pokazały się dziki. Na werandzie trzymamy lornetkę, żeby patrzeć, co nas odwiedza.

- A myśliwi się pokazują?

- Nie podchodzą. Na najbliższej ambonie kupę zrobiłem, więc już jej nie używają. Czasem z daleka słychać jakieś strzały. (...)

- Syn się zaaklimatyzował? Dla nastolatka to chyba niełatwe.

- Bardzo trudne. Szkoła była dla niego szokiem, zresztą dla mnie też. Wcześniej chodził do prestiżowej warszawskiej podstawówki Przymierza Rodzin i myślał, że wszystkie szkoły są takie. Tu poszedł do gimnazjum. Okazało się, że koledzy nic nie czytają, z nauczycielami nie da się dyskutować i bronić własnego zdania, nie ma samodzielnych prac. Szkoła ma w sumie niezłe wyniki, lekko powyżej ogólnopolskich, a według mnie poziom jest katastrofalny. Uczą dokładnie o budowie liścia, a nie uczą sprawnego czytania, wypowiadania się, formułowania swojego stanowiska, krytycznego myślenia. W bibliotece oprócz lektur są też streszczenia lektur. Publiczne pieniądze wydaje się na to, żeby dzieciaki nie przemęczały się czytaniem. Wszystkie dzieci w klasie mają komputery i dostęp do szerokopasmowego Internetu. Używają go wyłącznie do grania. Na informatyce uczyli się definicji myszy i klawiatury, ale wyszukiwania i porównywania informacji już nie.

Jak policzyłem, ile mają dni wolnych... a to testy takie, a to śmakie, to jedno święto, to drugie, i okazuje się, że na naukę prawie nie ma czasu. To oczywiście nie jest kwestia tej jednej szkoły, ale systemu. Chciałbym poznać człowieka, który wymyślił, żeby religia była trzy razy w tygodniu, a rosyjski - raz. To musi być człowiek głębokiej wiary. Wiara w to, że jakiekolwiek dziecko nauczy się języka obcego przez godzinę tygodniowo, może przenosić góry. Istnieje inna opcja, że to kompletny kretyn, i ku niej się skłaniam.  

- Po tym, jak przeniósł się pan na wieś, wziął się pan za nowelizację ustawy o ochronie zwierząt.

- Zobaczyłem to, czego w Warszawie nie widać. Mnóstwo porzuconych, błąkających się zwierząt. Mam już w domu dwa psy i trzy koty. Upchnęliśmy po krewnych i znajomych mnóstwo zwierząt, ale te możliwości kiedyś się kończą. Pomyślałem, że trzeba by coś z tym zrobić systemowo, znowelizować ustawę, ograniczając hodowle i pseudohodowle, obligując samorządy do wprowadzenia programów zwalczania bezdomności, choćby poprzez sterylizację.

Myślałem też o wprowadzeniu instytucji inspektora ds. zwierząt, który pilnowałby przestrzegania ustawy, sprawdzał, jakie warunki panują w schroniskach i sklepach zoologicznych. Dziś teoretycznie zajmuje się tym Inspekcja Weterynaryjna, ale tak naprawdę obchodzi ją wyłącznie jakość mięsa. Pierdoły typu schroniska dla zwierząt mają gdzieś. Niestety, powoli idzie z tą ustawą, bo ja sam nie jestem w stanie jej napisać, a na zawodową kancelarię, która by to zrobiła, w tej chwili mnie nie stać. Poza tym nie wiem, czy Sejm będzie chciał się tym zająć.

- Wróciłby pan dzisiaj do mediów?

- Wróciłbym trochę mądrzej, wydatkując mniej energii, a więcej czerpiąc. (...) (opr. Ana)


O amiszach Anicie i Jakubie Martinach czytaj również:
» Tacy ludzie to dar od Boga

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości