Reklama

Na śmierć Artysty

Jakieś dwadzieścia parę lat temu dane mi było spotkać się z Maćkiem osobiście. On był znany i uznany, ja - rasowy prowincjusz - zacząłem mu dziękować za twórczość, opowiadać o moich doznaniach, a miałem chęć podzielenia się moimi egzaltacjami; w końcu rozmawiałem z guru mego pokolenia! On łypnął na mnie wymownie, a gdy nie pojąwszy sensu spojrzenia kontynuowałem panegiryk, usłyszałem: „Stary, to miłe, ale już nie chrzań - do rzeczy: z czym przychodzisz?”... Spłonąłem rumieńcem jak panna namawiana do słodkiego złego i minęła chwila, zanim przestawiłem się na formułę normalnej rozmowy.
Moja przygoda z Maćkiem Zembatym zaczęła się od „Ballady o Imogenie”, której treść do głębi poruszyła moją nastoletnią imaginację. Pośród tkliwych i przesłodzonych piosenek nadawanych w ówczesnym radiu usłyszałem opowiedzianą w radosnej tonacji opowiastkę o dziewczynie, która mszcząc się na kochanku o imieniu Ignac odcięła sobie... głowę i wysłała ją do niego, co uznał za trafiony prezent imieninowy. Oj, jak czujnie nasłuchiwałem charakterystycznego riffu i Maćkowego nisko-ponurego głosu. 
Później oczywiście był „Zgryz” słuchany zachłannie i z przejęciem. Tam był inny świat: poza (jakże by inaczej!) przygodami rodziny Poszepszyńskich brzmiały songi Leonarda Cohena, a rozmowy o medytacjach buddyjskich zen okraszano perełkami japońskich wierszy kojiki, które prezentował Ponury Magazynier - Maciek. 
I ta ponurość jakoś się z nim zrosła, ale była powierzchowna. W pierwszym kontakcie peszyła rozmówców, wymuszała dystans, ale szybko okazywało się, że to maniera, kurtynka skrywająca człowieka bezpośredniego, serdecznego, chętnego do pomocy, choć jednocześnie trochę nieprzeniknionego. Gdy miał czas (a zwykle go nie miał) i w rozmowie trafiał się interesujący go wątek, zegary zatrzymywały się, a on, sprawiając wrażenie z lekka nieobecnego, bardziej monologował, niż dialogował. A miał zdolność mówienia w sposób klarowny, czasem używając skojarzeń nachalnie prostych, czasem zaskakujących wysublimowaniem.
Jakaż była moja radość, gdy Maciek wreszcie wychynął z mińskiej samotni i zapowiedział powrót do tworzenia. Niestety, nadwyrężone emocjami serce nie wytrzymało napięcia i kilka dni temu zamarło. Odszedł tak, jak żył; jak sobie wyśpiewał w hymnie pokolenia zgryzosłuchaczy - w genialnym cohenowskim „Alleluja”:
Tak się starałem, ale cóż / Dotykam tylko, zamiast czuć / Lecz mówię prawdę, nie chcę was oszukać / I chociaż wszystko poszło źle / Przed Panem Pieśni stawię się / Na ustach mając tylko Alleluja...
Śmierć zawsze przychodzi nie w porę. Ta przyszła w najgorszą z pór. Żal. Wielki żal... Alleluja!
Boxer               

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości