Reklama

O Marianie i Krzysztofie Piesiewiczach

Przed wojną stary Piesiewicz był sędzią w Sądzie Okręgowym w Siedlcach. Opowiadał mi, jak pewnego razu sądził w skomplikowanej sprawie o zabójstwo.

Trzeci dzień procesu, piątek. Przemawia oskarżyciel. Mija jedna godzina, druga i kolejna, a końca wystąpienia nie widać. Sędzia Piesiewicz wierci się niespokojnie i co chwila spogląda na zegarek. Dochodzi trzecia. Pod gmachem czeka już pewnie dorożka. Ma go zawieźć na stację kolejową, a dalej pociągiem do Warszawy, na premierę teatralną. Prokurator wreszcie kończy, ale teraz kolej na stronę przeciwną. "Udzielam głosu obrońcy" - ogłasza z rezygnacją w głosie sędzia Piesiewicz.

"Wobec wyników przewodu sądowego proszę o uniewinnienie" - mówi tylko obrońca.

"Ha, mołodiec!" - wykrzykuje sędzia Piesiewicz. Sąd udaje się na naradę i ledwie po chwili ogłasza werdykt: "Niewinny!". Sędzia pędem zbiega do dorożki, woźnica pogania konie i wieczór w teatrze zostaje uratowany.

Marian Piesiewicz to była barwna postać! Zapamiętałem, że do wszystkich - nie wiedzieć czemu - zwracał się "panie Aleksander". Choć był rozmiłowany w zawodzie sędziowskim, po wojnie został adwokatem. Zmusiła go do tego polityka. Nie chciał sądzić w PRL-u.

Krzysztof, młodszy z jego synów, aplikował u mecenasa Macieja Dubois. Był inteligentny, przewrotny i oryginalny. Zawsze wpadał na pomysły, które wszystkich zadziwiały i których nikt nie rozumiał. Skrajnie krytyczny wobec środowiska adwokackiego.

Krzysztof bardzo się zaangażował w obronę więźniów politycznych. Razem z adwokatami Edwardem Wende i Janem Olszewskim był oskarżycielem posiłkowym w procesie zabójców ks. Jerzego Popiełuszki. Był inteligentnym mówcą. Pamiętam jego słynne: "Oskarżeni działali jak automaty. Ale kto je uruchomił?".

Bronił też płk. Ryszarda Kuklińskiego przed sądem wojskowym. Zdarzyło mi się występować z nim w kilku sprawach - dewizowej, bandyckiej, gospodarczej.
Zawsze można było usłyszeć coś interesującego.

Flirciarz z niego był wielkiej miary. Dziesięć lat temu rozstał się z żoną, ale nie rozwiódł. Sławę i pieniądze zdobył na współpracy z reżyserem Krzysztofem Kieślowskim.

- Dzwonił pan już do Krzysztofa Piesiewicza?

- Nie. I nie zamierzam. Nie mam mu nic do powiedzenia. Gdyby żył adwokat Edward Wende, on jeden chwyciłby za słuchawkę i zrugał Piesiewicza.

- Zrugał? Niektórzy uważają senatora Piesiewicza za ofiarę.

- Chyba własnej lekkomyślności i nieodpowiedzialności. To cechy, które dyskwalifikują go jako polityka. Nie potępiam go za to, co zrobił, ale że głupio dał się podejść.(...) Dzisiaj trzeba się mieć na baczności.
Jako prawnik Piesiewicz też się nie popisał. Powinien wiedzieć, że szantaż to przestępstwo. Trzeba je zgłosić organom ścigania. Zamiast tego płacił szantażystkom.

- Nie współczuje mu pan?

- Nie chciałbym być na jego miejscu. Jest na dnie, w piekle, które sam stworzył. O ile pamiętam, jego ulubioną lekturą jest "Upadek" Alberta Camusa.

fragmenty rozmowy Katarzyny Klukowskiej z adwokatem Tadeuszem de Virion "Siłę siłą odeprzeć wolno", opublikowanym w "Dużym Formacie" 11 lutego 2010 r. (opr. Ana)


O rodzinie Piesiewiczów pisaliśmy również w informacji:

» Siedleckie korzenie Krzysztofa Piesiewicza

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama