– Tymi samymi kajdankami ich skuli, jedną rękę mamusi i jedną tatusia – wspomina mieszkanka powiatu sokołowskiego.
Kiedy miała siedem lat, rozpoczęły się prześladowania jej rodziny. Za ukrywanie walczących z komunistami partyzantów. – Nazywali nas: „dzieci bandytów”. Teraz jesteśmy już oczyszczeni – mówi pani Teresa, którą niedawno odwiedził prezydent RP.
Tej wsi w dzisiejszej gminie Repki próżno szukać w książkach o wydarzeniach, które zmieniły bieg historii. Wzmianki o niej znajdziemy raczej w skromniejszych opracowaniach, takich jak „W rocznicę walki w Borychowie 30 IX 1950 r.”. Tam przeczytamy, że agent „Małachowski” wydał Wojewódzkiemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego patrol antykomunistycznej partyzantki, dowodzony przez Arkadiusza Czapskiego „Arkadka”. By zlikwidować tę grupę, do Sokołowa przysłano żołnierzy korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. 30 września o godz. 15.35 otoczyli oni kryjówkę „bandytów”, gospodarstwo Mariana i Czesławy Borychowskich w Borychowie. Partyzanci próbowali uciec, ostrzeliwując się z automatów, lecz odcięto im drogę. Przeżył tylko ciężko ranny „Arkadek”, ale że nie chciał trafić w ręce ubeków, zabił się z własnej broni.
Do jakiego domu?
Teresa Zawadzka, córka Mariana Borychowskiego, z tego dnia pamięta coś zupełnie innego.
- Mieszkaliśmy trochę przed wsią, na kolonii – opowiada. – Prowadziła do nas polna droga, co ją ludzie nazywali zagumienną. Teraz są tam wysokie drzewa, ale w latach pięćdziesiątych to małe były. Do domu wracałam, a jak weszłam na wzgórek, zobaczyłam przez nie dużo samochodów i wojska.
Pamięta, że puściła się przed siebie, a do gospodarstwa wbiegła przez mały sad z jabłoniami, gruszami, czereśniami i śliwami ( – Na złodziejstwo do innych nie biegaliśmy – podkreśla poważnie). Najpierw zobaczyła dom. A właściwie to, co po nim zostało.
– Bez okien, bez poszycia. Wszystko pozrywane było, zostały tylko krokwie i strych. Szukali partyzantów, co mieszkali w stodole, czy zniszczyli. Żeby zniszczyć? – Nie wiem – wzdycha.
Rodziców spostrzegła pod jednym z drzew. – Tymi samymi kajdankami ich skuli, jedną rękę mamusi i jedną tatusia – mówi. – Podbiegłam do taty, żeby się dowiedzieć, co się dzieje. „Teresina” – powiedział (bo tak mnie nazywał) – „uciekaj do wsi, do Felkowskich”.
Cały artykuł przeczytacie w najnowszym wydaniu "Tygodnika Siedleckiego".
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!