Z Tomaszem Starzewskim, nowym wójtem gminy Suchożebry, rozmawia Krzysztof Strzelecki.
Jak to jest, gdy pracownik urzędu gminy, dość młody człowiek, zostaje wójtem? Trudno być prorokiem we własnym kraju?
– Moja kadra dosyć szybko zaakceptowała zmianę relacji z „koleżanka – kolega” na „podwładna – przełożony”.
- Ja obawiałbym się, że na początku niektórzy będą się zachowywać wobec mnie nieco… bezceremonialnie.
– Nie miałem takich problemów. Może pomogło to, że nadal chcę być jednym z urzędników. Nie liderem, który siedzi na wozie i patrzy, jak go wiozą, ale osobą, która schodzi z wozu i ciągnie go razem ze wszystkimi.
- Ze wszystkimi? Ale zwolnił Pan niektórych pracowników?
– Tak. Kilku osobom po prostu kończyły się umowy na czas określony. To byli ludzie zatrudniani przez mojego poprzednika, przyzwyczajeni do jego wizji rozwoju gminy. Ja ten rozwój widzę inaczej. Dlatego nie udało mi się przedłużyć współpracy, ot choćby z kierownikiem referatu inwestycji.
- Ile osób odeszło?
– Trochę roszad w urzędzie zrobiłem. Ale to głównie przesunięcia w przydziale czynności. Przykład: Pani sekretarz prowadziła przedtem obsługę interesantów w dziale ewidencji ludności. Mamy w gminie bardzo duże pieczarkarnie, zatrudniają wielu obcokrajowców. Gdy przed urzędem pojawiało się kilka busów wypełnionych ludźmi, których trzeba zarejestrować, musiała poświęcić się tylko tej czynności. Na pracę sekretarza brakowało jej czasu. Zmieniłem zakres jej obowiązków.
- Obejmując nową funkcję, musiał się Pan liczyć z tym, że część pracowników identyfikuje się z działaniami poprzedniego wójta. Na pewno niektórzy odnosili się do Pana z niechęcią.
Cały wywiad przeczytacie w papierowym i e-wydaniu (KUP TERAZ) "TS", który jest w sprzedaży od 27 grudnia.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze