Rossa - wyjaśniam to mniej zorientowanym - to polska nekropolia w Wilnie, położona o kwadrans spaceru od Ostrej Bramy słynącej uchodzącym za cudowny wizerunkiem Matki Bożej. Tak się złożyło, że latosie wakacje spędziłem na Litwie, a trzy dni w Wilnie w czasie światowego zlotu wilniuków. Oj, najechało się Polaków z wileńskimi korzeniami co niemiara! Tak się złożyło, że 15 sierpnia wybrałem się - jakże by inaczej! - na Rossę, by położyć kwiaty na grobie, w którym obok matki Józefa Piłsudskiego spoczywa serce Marszałka. Traf chciał (strasznie dużo miałem tych trafów w tej podróży), że akurat ustawiano kompanię honorową przy tej mogile. Szykowała się okolicznościowa impreza, w której - jak się okazało - wziął udział jakiś polski oficjel (ambasador?, konsul?) przywieziony limuzyną z proporczykiem, mała grupa kombatantów i jakaś setka gapiów, którzy - tak, jak ja trafili na tę uroczystość przypadkiem. Jednak nie składanie wieńców i nie patriotyczne w tonie przemowy skupiły uwagę obecnych. Skupiła ją wchodząca w skład polskiej delegacji... Maryla Rodowicz.
Przyznam, że nie od razu ją poznałem, bo ukryła twarz pod dużymi okularami przeciwsłonecznymi, ale wzrok przyciągał jej strój, który zgrzytał w tym miejscu i czasie niczym szkło w zębach. Otóż pani Maryla wystąpiła w mocno błyszczącej kurtce, pod którą miała czarną bluzkę z wielgachną, błyszczącą... trupią główką nad adekwatnie dużymi piszczelami. Ot, zapiraciła sobie nasza gwiazda. Oczywiście utrwaliłem ją na zdjęciu, bo gratka to była jedyna w swoim rodzaju. Gdy po uroczystości, czekając na moich towarzyszy podróży, przeglądałem „foto-urobek”, podeszła do mnie dystyngowana pani.
- Przepraszam, widziałam, że robił pan zdjęcia, czy może mogłabym kupić kilka? To taka szczególna okoliczność... - powiedziała polszczyzną z miłym memu uchu zaśpiewem. Wyjaśniłem, że chętnie podaruję jej moje fotki, ale za pomocą łącz internetowych. Pani zasromała się, bo takowych nie miała. Chcąc jej jednak pomóc, zaproponowałem, że przyślę zdjęcia pocztą, z Polski, jeśli poda mi adres. Pani Jadwiga, bo takie imię nosiła nowa znajoma, ożywiła się i zaczęliśmy przeglądać zdjęcia na ekranie aparatu. - O, a tego zdjęcia to chciałabym ze dwa. Jedno wyślę bratu, bo mi nie uwierzy, jak sam nie zobaczy - powiedziała, gdy pokazał się obrazek
z p. Marylą pośród grona oficjeli. - Mój Boże, lepiej jej słuchać, niż ją oglądać... - westchnęła moja rozmówczyni... Z grzeczności nie dopytywałem, czy ta opinia odnosiła się do tej konkretnej sytuacji, czy - tak to ujmę - współczesnej fazy artystycznej kariery artystki. Jakkolwiek by było, podpisuję się pod nią...
Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!