Rurka doprowadzająca gaz do domu wyglądała jak wąż plujący naokoło ogniem. Marcin Ornat patrzył, jak na jego oczach topi się okno w jego domu, a potem zaczyna palić pokój. Trzymał za rękę 8-letnią córkę... Zadzwonił po straż pożarną. Przyjechali bardzo szybko, w ciągu dwóch minut. I uratowali dom. Inaczej mogłoby być źle...
Czwartek, 5 czerwca, mógł się skończyć tragicznie dla rodziny Ornatów z Garwolina. Po godz. 9.00 Marcin Ornat zaczął szykować swoją 8-letnią córkę do szkoły. Wcześniej dom opuścili jego rodzice i żona z młodszą córką. O 9.30 schodził z piętra domu na parter. Gdy był już na klatce schodowej, usłyszał szum. Pomyślał, że to właśnie jedzie samochód czyszczący ulice. Wychylił się przez okno, ale na ulicy nic nie zauważył. Gdy spojrzał w drugą stronę zobaczył, że ściana jego domu stoi w ogniu. Chwycił córkę za rękę i wybiegł przed dom. Ogień wydobywał się spod skrzynki z gazomierzem. Nie było szans na zakręcenie zaworów z dopływem gazu. Zresztą, zaraz potem rozległ się potworny huk, a skrzynka z gazomierzem po prostu wystrzeliła. Wtedy gaz znalazł sobie swobodne ujście i rurka zaczęła szaleć jak wąż. W pewnym momencie skierowała się na okno. – I na moich oczach ono się po prostu stopiło – wspomina M. Ornat.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!