Reklama

Państwo-Kościół (cz. II)

Dziś prezentujemy Wam kolejne teksty z cyklu Państwo-Kościół. Polemikę na ten temat prowadzą dr nauk politycznych, Krzysztof Mazur i Grzegorz Welik, dr nauk humanistyznych.

Świeckie państwo? Co za bzdura! Cz.2

Pan Grzegorz Welik cierpko skomentował poprzedni tekst cyklu dotyczący naruszeń zasady świeckości Państwa w wojsku i służbach mundurowych. Między innymi wypomniał, że np. poświęcenia sztandarów, czy opłacanie z kiesy podatników kapelanów nie jest żadną nowością, lecz powrotem do dawnej tradycji. Owszem, ale obecność wątków religijnych w codzienności armii i formacji paramilitarnych w II RP wynikała z faktu, że Kościół katolicki zajmował w Państwie Polskim naczelne stanowisko pośród równouprawnionych wyznań (art. 114 Konstytucji z 17.03.1921). Natomiast dziś, też zgodnie z prawem instytucje państwowe mają zachowywać neutralność światopoglądową, co krytykę p. Grzegorza czyni chybioną.
Uprzedzając sarkania (nie tylko mego Adwersarza) przypomnę, iż nie jest intencją tego cyklu krytyka obecności sfery sacrum w życiu publicznym dla samej krytyki. To próba wskazania niekonsekwencji w realizacji jednej z istotnych zasad ustrojowych. Są tylko dwie drogi, by kontrowersje te usunąć: albo wymóc przestrzeganie litery prawa, albo... zmienić ustrój III RP.
*
Lektura aktów prawnych dotyczących systemu oświaty pod kątem przestrzegania zasady neutralności światopoglądowej uprawnia tezę, że ich autorzy bardzo starali się, aby "dać Panu Bogu świeczkę" (czyniąc koncesje na rzecz tzw. wartości chrześcijańskich), jednocześnie "paląc diabłu ogarek" (odwołując się do zasady laickości oświaty). Sztuka się udała, ale narobili nie lichego bałaganu. 
W preambule ustawy o systemie oświaty z 7.09.1991r. zapisano, że "nauczanie i wychowanie - respektując chrześcijański system wartości - za podstawę przyjmuje uniwersalne zasady etyki". Czyżby autorzy tej inwokacji uważali, że "uniwersalne zasady etyki" w istotny sposób różnią się od "chrześcijańskiego systemu wartości"? Przecież oba te systemy nakazują szacunek dla bliźnich i ich przekonań, promują cnotę uczciwości, potępiają występki i niegodziwości. Jest to klasyczny przykład urzędniczej nowomowy - kłania się uwaga o świeczce i ogarku.
Na mocy instrukcji z 30.08.1990r. ówczesnego ministra edukacji narodowej, w publicznych placówkach oświatowych wprowadzono nowy przedmiot nauczania - religię. Nowelizację tę (i to jest jej prawna wada główna) zarządzono aktem daleko niższego rzędu - nie zmienia się ustawy instrukcją! Ten istotny błąd legislacyjny, zamiast skorygować (choćby nowelizacją ustawy), utrwalono rozporządzeniem MEN z 14.04.1992r. „w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach”.
Zgodnie z § 1 tego rozporządzenia, nauka religii ma być organizowana na życzenie rodziców dzieci niepełnoletnich lub uczniów pełnoletnich. Tymczasem dyrekcje szkół żądają składania oświadczeń przez osoby niechcące uczestniczyć w lekcjach religii, co jest naruszeniem prawa do milczenia obywateli w sprawach przekonań religijnych i światopoglądowych. Zresztą nazwa przedmiotu jest pewnym kamuflażem, bo nie jest jego zdaniem przekazywanie wiedzy o dziejach i zasadach poszczególnych religii i wyznań, lecz po prostu katecheza, czyli nauczanie zasad wiary konkretnej wspólnoty religijnej. Katecheci zaś (co nawet trudno mieć im za złe) mówiąc o własnym wyznaniu podkreślają jego wyjątkowość, mniej lub bardziej angażując się w wykazywanie jego „wyższość” nad innymi. Taka postawa wydatnie utrudnia uczniom nabywanie obiektywnej wiedzy z zakresu historii religii oraz o psychologicznych i społecznych źródłach wiary – a taka wiedzę powinna być nauczana w świeckiej szkole. Bez wątpienia inne spojrzenie na (choćby) Reformację będzie prezentował nauczyciel historii, a inne katecheta…
Tu ciekawostka potwierdzająca tezę, że organy państwowe nie traktują serio zasady świeckości państwa, której podlegają i której powinni strzec. Otóż, gdy prof. Ewa Łętowska (ówczesny rpo) zaskarżyła do Trybunału Konstytucyjnego pozaprawną drogę wprowadzenia lekcji religii do szkół, skargę oddalono uzasadniając, że (uwaga!) nie została ona wprowadzona do szkół - instytucji, ale szkół - budynków. Z tą sentencją o pierwszeństwo ściga się słynna "pomroczność jasna" – pojęcie uwalniające pijanego kierowcę od odpowiedzialności karnej.
Istotą nauczania religii jest przekazanie uczniom wiedzy o przekonaniach i zasadach religijnych. Poprzez przyzwolenie na organizowanie w szkołach publicznych lekcji religii i opłacanie katechetów, Państwo de facto angażuje się w propagowanie konkretnej doktryny religijnej, co kłóci się z zasadą jego neutralności światopoglądowej. Angażuje się także poprzez włącznie nauczycieli (choćby) w nadzorowanie młodzieży podczas rekolekcji.
Dalej. Cytowane rozporządzenie z 1992r. zobowiązuje szkoły do organizowania lekcji religii, jeśli w danej klasie (grupie) jest minimum siedmiu uczniów tego samego wyznania. Ta dyrektywa jest realizowana głównie Białostocczyźnie (skupisko ludności prawosławnej) i na Śląsku i w Łodzi (skupiska wyznawców Kościołów ewangelicko-augsburskiego i ewangelicko-reformowanego). Konstytucjonaliści uważają, że ta formuła dyskryminuje mniej liczne Kościoły łamiąc zasadę równości wobec prawa społeczności religijnych działających w III RP.
Paragraf 3 rozporządzenie stanowi, że uczniom, których rodzice wyrażą takie życzenie, szkoła ma obowiązek zorganizować lekcje etyki w oparciu o programy dopuszczone do użytku szkolnego. Miarą iluzoryczności tego zapisu jest fakt, że takie zajęcia są prowadzone w... 1, 13% polskich…
Niedostatek miejsca nie pozwala na szerszą prezentację anomalii "prawno-konfesyjnych" w polskim systemie oświaty. Chciałbym jednak raz jeszcze podkreślić, że przestrzeganie zasady neutralności światopoglądowej bynajmniej nie jest "ateizm państwowy", lecz dążenie do praktykowanej w krajach zachodnich konsekwentna obojętność organów państwa wobec sfery szeroko pojętego sacrum. Państwo nie powinno ignorować istnienia Kościołów, ale też nie może, robiąc „perskie oko” oko do społeczeństwa, stwarzać wrażenia, że ideologię jednego z nich uznaje „lepszą”, czy „godniejszą szacunku” poprzez nadanie jej statusu „nieformalnego wyznania państwowego”.

Krzysztof Mazur, doktor nauk politycznych



Prawo i porządek, czy spokój i rozsądek?


„Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek” – tak Krzysztof Mazur ironicznie definiuje przepisy prawne regulujące sprawy neutralności światopoglądowej naszego państwa. Wolałbym w tym przypadku użyć określenia „kompromis”, i to raczej zdrowy niż zgniły.
Po ujawnieniu „bezprawnych” związków sfery publicznej z obrzędowością religijną, wyrażanych m. in. udziałem służb mundurowych w świętach kościelnych czy też obecnością duchownych w państwowych uroczystościach, Krzysztof Mazur zajął się kwestią nauczania religii w szkołach. Jeśli ma rację, to w bezprawiu i łamaniu zasad konstytucji biorą udział nie tylko dziesiątki tysięcy funkcjonariuszy publicznych wszelkiego szczebla, żołnierzy i policjantów, ale także setki tysięcy pracowników oświaty i miliony Polaków posyłających dzieci na lekcje religii. Większość z nich zapewne nie ma pojęcia, że naruszają neutralność światopoglądową państwa, ale przecież nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania. Jeśli zaś ktoś nie przestrzega prawa, należy go ukarać. Tylko jak ukarać miliony ludzi i kto ma to robić, skoro władza państwowa także powszechnie to prawo łamie?
Krzysztof Mazur dokonał analizy obowiązujących w Polsce aktów prawnych regulujących sprawy stosunku państwa do kościołów i związków wyznaniowych oraz kwestie neutralności światopoglądowej naszego gruntownie zreformowanego po 1989 roku państwa. Nie wątpię, że zarówno jako znawca przepisów prawa - z racji wieloletniej pracy w instytucji wymiaru sprawiedliwości oraz ekspert w sprawach wyznaniowych - z racji potwierdzonych tytułem doktorskim zainteresowań naukowych, zrobił to gruntownie i rzetelnie. Pojawia się tylko pytanie, cóż takiego wydarzyło się nagle w 2009 r., że kogoś zaczęły uwierać rozwiązania prawne przyjęte na początku lat 90. ubiegłego wieku jako efekt kompromisu w delikatnej materii? Dlaczego przeszkadza to, co w miarę sprawnie i bez większych kontrowersji funkcjonuje już kilkanaście lat?
W demokratycznym państwie każdy może analizować jego rozwiązania prawne, stawiać pytania i wyciągać wnioski. Wnioski zaś wyciągnięte przez Krzysztofa Mazura są dwojakiego rodzaju: po pierwsze mamy w tej mierze niedoskonałe prawo, a po drugie, nawet to prawo, które mamy nie jest przestrzegane przez obywateli, z przedstawicielami najwyższych władz na czele.  
Co do kiepskiej jakości stanowionego u nas prawa, gdzie niespójność jednych przepisów z innymi widać na każdym kroku, trudno się nie zgodzić. Nie jest jednak winą obywateli, że mamy takie prawo, a żyć jakoś trzeba. Stąd też warto chyba kierować się w życiu także zdrowym rozsądkiem. I ten rozsądek podpowiada już od dobrych kilkunastu lat akceptację praktyki w realizacji zapisów dotyczących stosunku państwa i jego obywateli do nauki religii. Piszę to nie z pozycji prawnika i znawcy przepisów, bo takowym nie jestem, ale z pozycji Polaka – szaraka, czyli przeciętnego obywatela i rodzica dzieci w wieku szkolnym. Codzienne życie, szczególnie w obecnym kryzysowym czasie, niesie tyle problemów, że wymyślanie na siłę kolejnej wojny religijnej nie jest chyba nikomu potrzebne. Bo czym innym niż wywołaniem konfliktu społecznego będzie realizacja zaleceń w celu uzdrowienia niezdrowej sytuacji: „Są dwie drogi, by kontrowersje usunąć, albo wymóc przestrzeganie litery prawa, albo...zmienić ustrój RP”. Wydaje się, że moje zdanie nie jest tu odosobnione, bo jakoś po żadnej stronie sceny politycznej, wśród jej poważnych graczy, reprezentujących znaczne grupy społeczeństwa, nie widać inicjatyw dotyczących zmian ustroju RP w tym zakresie. Nawet bowiem strony ujawnionego ostatnio sporu o traktowanie ocen z religii na szkolnym świadectwie nie kwestionują sposobu nauczania tego przedmiotu w polskich szkołach.
Nie sadzę, aby obecnie efektem obywatelskiej troski w kwestiach światopoglądowych było coś więcej niż prasowe lub blogerskie polemiki. Zdanie swoje opieram zaś na przykładzie niedawnego sporu kompetencyjnego pomiędzy prezydentem a premierem, którego szczytowym przejawem były żenujące spory o miejsce w samolocie. I jedna, i druga strona twierdziła, że ma rację na gruncie obowiązującego prawa. Najpierw ustami wysokich urzędników odpowiednich kancelarii. Gdy to nie wystarczyło, pojawili się uczeni doktorzy i profesorowie konstytucjonaliści, którzy powołując się na swą wiedzę i przepisy interpretowali i uzasadniali. Jedni że rację ma prezydent, a drudzy, że premier. Ostatecznie sprawa znalazła się w Trybunale Konstytucyjnym, którego orzeczenie w tej sprawie jako żywo pasuje do przysłowia o świeczce i ogarku. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że nie inaczej wyglądałaby ocena przepisów omawianych przez Krzystofa Mazura, gdyby zostały poddane takiej procedurze.
Pytanie więc, czy warto wkładać kij w mrowisko, które funkcjonuje w miarę sprawnie i raczej nikomu nie wadzi? Moim zdaniem nie, co nie znaczy, że nie dopuszczam przeciwnych poglądów. Oczekiwałbym jednak od potencjalnych reformatorów oceny społecznych konsekwencji proponowanych zmian oraz przede wszystkim precyzyjnego określenia, nie tylko co ma być zmienione, ale także na co. Bowiem póki co, to polskie reformowanie różnych dziedzin życia wygląda tak, że coś się komuś nie podoba i ogłasza on, że należy to zmienić. Gdy jednak pada pytanie, jak ma być po zmianach, to najczęstszą odpowiedzią jest enigmatyczne stwierdzenie, że „jak w demokracjach zachodnich”. Brak jednak rozwinięcia, w których? Ma być tak jak w Niemczech, jak we Francji, jak w Holandii, jak w Anglii, czy jak w Irlandii. A może jak w USA, albo jak w Kanadzie? A może nie musimy nikogo naśladować, bo też już jesteśmy zachodnią demokracją?
Grzegorz Welik, doktor nauk humanistycznych        


Przeczytaj także "Państwo-Kościół", cz. I

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości