Reklama

Piotr wyróżniony

Piotr Giczela, nasz redakcyjny kolega, odebrał dzisiaj w Trybunale Koronnym w Lublinie wyróżnienie w konkursie dla dziennikarzy „Tradycyjnie w nowoczesność”, zorganizowanym przez Agencję Rynku Rolnego.

Nagrodę jury przyznało za zdjęcia do tekstu „8 lat po Sapardzie”, a wręczył ją Lucjan Zwolak - zastępca prezesa ARR w towarzystwie dyrektora lubelskiego Oddziału Terenowego tej placówki, Andrzeja Romańczuka. Piotrowi gratulujemy! (jj)

Poniżej prezentujemy wyróżniony artykuł



Z wizytą w Popławach
8 lat po Sapardzie


W gospodarstwach u Adama Matysiaka i Jerzego Płudowskiego z Popław byłem w 2002 roku. To pierwsi w powiecie rolnicy, którzy skorzystali wówczas z funduszu przedakcesyjnego SAPARD. Gdy już oswoili się z Unią Europejską i jej wymogami, po pieniądze z różnych europejskich źródeł sięgali jeszcze 4 razy. Ich gospodarstwa są dziś niemal nie do poznania.

Jadę przez Popławy i wzrokiem szukam domu pana Adama. Wydawało mi się, że pamiętam jego wygląd i otoczenie. Tymczasem przez 8 lat zmieniło się tak wiele, że do jednego z najlepszych gospodarzy w gminie Trzebieszów nie łatwo mi było trafić.

Kafelki w oborze

– No widzi pan, redaktorze, dom i otoczenie zmieniło się bardzo, ale to były ostatnie inwestycje, które zdecydowałem się zrealizować – informuje na powitanie pan Adam, sięgając po zimny napój, którym mnie częstuje. Jest gorąco, jak w lipcu. Siadamy przy solidnym drewnianym stole, ustawionym w cieniu jednego z zabudowań gospodarczych na podwórku. Wszędzie czysto, podwórze wyłożone brukową kostką, maszyny ustawione pod wiatą. Obory pełne krów...

– Z tym remontem domu to w końcu żona dopięła swego. Mówiła mi, że krowom w oborze już drugi raz zmieniam płytki, a we własnej łazience mamy takie sprzed 20 lat. Dokładnie to tak nie było, bo nie zmieniałem niczego w oborze, tylko wraz z powiększeniem stada musiałem wybudować drugą halę udojową. Prawdą natomiast było twierdzenie, że w domu się nie inwestowało. No ale człowiek musi mieć priorytety. A moim, właściwie to naszym rodzinnym, wspólnym priorytetem było rozbudowanie gospodarstwa przy wykorzystaniu pieniędzy z Unii Europejskiej – wyjaśnia pan Adam.

Gdy Adam Matysiak w latach 80. przejmował gospodarstwo od swego ojca, uchodziło ono za spore. Rodzice przekazali mu 8 ha pola i 8 krów. Teraz gospodarstwo pana Adama liczy 70 ha, a w oborach jest 150 krów, z czego 70 dojnych. Okazuje się, że sukces na wsi to nie jest rzecz niemożliwa do osiągnięcia. Działalność prowadzona przez A. Matysiaka zadaje kłam twierdzeniom, że praca rolnika jest nieopłacalna.

– Tu, podobnie jak w każdym innym biznesie, można zarobić, ale trzeba mieć głowę na karku, trzeba nie bać się ciężkiej pracy i trzeba podejmować ryzyko, nie czekając na lepsze czasy, bo jak to mówią, lepsze czasy już były – z humorem stwierdza A. Matysiak.

Nie wierzę w Unię

Wśród wielu pokutuje przekonanie, że wieś polska na wejściu do UE nic nie zyskała, a ci nieliczni, których gospodarstwa się rozwijają, zadłużyli się po uszy i w zasadzie w każdej chwili mogą zbankrutować. Na jednej z niedawnych mszy św. tak właśnie dramatyzował proboszcz parafii pod wezwaniem Trójcy Świętej ze Stanina, ks. Zygmunt Głębicki. Darł szaty nad losem polskich rolników, na siłę wepchniętych do UE na podłych warunkach.

– Zawsze może być lepiej, ale warunki Wspólnej Polityki Rolnej UE są dla nas korzystne. Dzięki dopłatom i różnym programom finansowego wsparcia, polska wieś zmienia się – słyszę od rolników z Popław. – Faktem jest jednak, że w bezinteresowną pomoc Unii ludzie nie wierzyli do tego stopnia, że gdy rolnicy z innych stron dzwonili do nas po rady, wszak przetarliśmy szlaki jako pierwsi, sięgając po euro, nie ufali. Chcieli namacalnych dowodów, że otrzymaliśmy pieniądze – mówi Jerzy Płudowski. – Przyjeżdżali oglądać gospodarstwo, bo rozeszły się plotki, że bankrutujemy, że nas Unia oszukała. Część przekonała się, gdy po pierwszym SAPARD-zie sięgnęliśmy po kolejne dotacje. Wytłumaczyli sobie, że musieli nam zapłacić, skoro piszemy wnioski po następne pieniądze. Część nie wierzy jednak w UE do dziś.

Kto się nadaje do agrobiznesu

– Biorąc kredyty czy korzystając z unijnych dotacji, trzeba myśleć o tym, by dzięki zastrzykowi gotówki rozwinąć dodatkową działalność, z której uzyskiwane dochody pozwolą spłacić zobowiązania. Kto zamiast inwestycji w swój warsztat pracy wkłada pieniądze w remont domu, w samochody czy atrakcyjne wakacje, nie nadaje się do biznesu. A do agrobiznesu tym bardziej – podkreśla A. Matysiak. – W moim gospodarstwie za każdym razem, gdy korzystałem z unijnych funduszy, oprócz nowych maszyn czy rozbudowanych obór, przybywało po około 10 krów. Większa wydajność produkcji, to nieco lepsze ceny skupu i większe dochody. Niby to takie proste, a jednak wielu o tej zasadzie nie pamięta.

– Podsumujmy więc warunki niezbędne do tego, by robić biznes na wsi – proszę mego rozmówcę o resume.

– Trzeba mieć chęci, pomysł, odwagę, dobrze jest mieć pewne zasoby materialne, np. w postaci gospodarstwa po rodzicach, trzeba wiedzieć, co się chce osiągnąć i umieć rozplanować pracę na lata – mówi pan Adam.

On zaplanował ciągłość działalności w kolejnym pokoleniu. Syn pana Adama, Paweł, skończył Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie. Jeszcze pracuje z ojcem, lecz za jakiś czas przejmie pałeczkę i poprowadzi gospodarstwo.

Podobnie myśli Jerzy Płudowski. Jego córka, Edyta, właśnie dostała się do tej samej uczelni, którą syn pana Adama ukończył. Młodszy syn, Karol, uczy się w Technikum Agrobiznesu. Czeka więc pana Jerzego jeszcze co najmniej 5 lat samodzielnego kierowania własnym agrobiznesem. – Cóż to jest 5 lat? To nawet nie jest jeden unijny okres finansowania. Czas szybko zleci.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości