„Medalistów u nas nigdy nie brakowało” – mówi Szczepan Waszczuk, związany z WLKS Nowe Iganie od 30 lat. W jubileusz półwiecza klubu wracamy do największych sukcesów, anegdot i pytań o przyszłość.
Ile z 50 lat WLKS to także Pana historia?
- Akurat mija 30. 24 lata zasiadałem w prezydium, w tym 6 lat jako prezes i 4 lata w roli wiceprezesa. A od 6 lat pełnię funkcję przewodniczącego Komisji Rewizyjnej.
To kawał życia. Pamięta Pan, jak to się wszystko zaczęło?
- Od sponsoringu. Siedlecki oddział Warty, którego byłem dyrektorem, został głównym sponsorem międzynarodowych zawodów zapaśniczych w 1995 roku. A już w lutym 1996 roku zostałem członkiem prezydium WLKS. Okresu próbnego nie było (śmiech).
Szybko poszło. Czym udało się Pana do siebie przekonać?
- Był to okres przemian gospodarczych. WLKS doskonale potrafił się w nich odnaleźć. Stanowił platformę do spotkań dla wielu ciekawych, a zarazem wpływowych ludzi ze świata biznesu i polityki. Dobrze było ich znać i obracać się w tym kręgu. Moja pozycja i rozpoznawalność zdecydowanie wzrosły. Choć działalność na rzecz klubu zawsze miała charakter społeczny, przekładała się na sukcesy zawodowe. Ale była to korzyść obopólna. Jako Warta podpisaliśmy nawet umowę z WLKS na „doprowadzenie do klienta”, z czego klub czerpał prowizję. Sponsorowaliśmy też wiele wydarzeń sportowych. Każdy był zadowolony.
Czyli bycie w WLKS można było uznawać za coś ekskluzywnego?
- Zdecydowanie tak. Wszędzie, gdzie się pojawiałem - w Garwolinie, Łukowie czy Mińsku Mazowieckim, słyszałem pytanie: „Ile trzeba zapłacić, żeby wejść do WLKS-u?”. Śmiałem się, bo przecież nigdy coś takiego nie funkcjonowało. Ale takie sytuacje pokazywały, że klub ma markę. Łączył biznes ze sportem w czasach, kiedy mało kto potrafił to robić tak skutecznie. Byliśmy wzorem dla innych w całym kraju. Ale to, co trzyma mnie przy klubie od tylu lat, to przede wszystkim atmosfera...
To prawda - dbanie o przyjacielskie relacje to domena WLKS.
- My się autentycznie lubimy. Spotkania w klubowym gronie po prostu sprawiają przyjemność. Zawsze zapraszamy się nawzajem na imieniny i inne uroczystości. W niektórych przypadkach zawiązała się naprawdę głęboka zażyłość. Bez WLKS nigdy nie poznałbym na przykład Mirka Buczka - wieloletniego redaktora „ostatniej strony” „Tygodnika Siedleckiego”, jak żartobliwie określam dział sportu. Mirek zawsze był nam życzliwy i bardzo często u nas gościł. Doskonale wpasował się w to wesołe towarzystwo. Do dziś mamy świetny kontakt.
Pan Mirek zawsze ciepło wypowiada się o klubie. A że jest człowiekiem o dużym poczuciu humoru, lubi też opowiadać związane z WLKS anegdoty. Niedawno wspominał, jak podczas wyjazdu z klubem na lekkoatletyczne mistrzostwa Polski w Krakowie wybrał się z działaczami na rynek na szklaneczkę orzeźwiającego napoju. W restauracji nabrał kelnera, że dyrektor WLKS - Stefan Długosz jest świeżo upieczonym medalistą w pchnięciu kulą. Kelner pobiegł po księgę pamiątkową z nadzieją na autograf od znanego sportowca. Stefan podobno wybrnął z opresji, wpisując: „Pozdrowienia od medalistów WLKS”.
- I prawdę napisał - medalistów u nas nigdy nie brakowało! Podczas tych mistrzostw po złoty medal sięgnęła nasza zawodniczka w biegu na 1500 m - sam ją nawet dekorowałem. Na rynku też byłem (śmiech).
A Pan ma takie historie, do których lubi wracać pamięcią?
– Bardzo lubił nas nieżyjący już Józef Oleksy. Pamiętał o klubie nawet wtedy, gdy pełnił funkcję marszałka Sejmu. Gdy przyjeżdżał na wydarzenia organizowane przez WLKS, jego nazwisko przyciągało jeszcze większe niż zwykle grono wpływowych polityków. Pamiętam, jak podczas jednej z imprez, w trakcie przemówień okolicznościowych, pytał posłów wychodzących na mównicę: „Co żeś przyniósł dla klubu, jaki podarunek dałeś klubowi?”. Potrafił zadbać o nasz interes (śmiech).
Porozmawiajmy o Pana prezesurze, czyli latach 2004–2010. Jak Pan wspomina ten czas?
– Miałem bardzo wysoko zawieszoną poprzeczkę, gdyż przede mną klubem zarządzali tacy ludzie, jak wieloletni wiceprezes Wojewódzkiego Związku Gminnych Spółdzielni w Siedlcach, a później wicewojewoda siedlecki - Eugeniusz Trybuch, oraz wiceminister spraw zagranicznych - Jan Borkowski. Muszę nieskromnie stwierdzić, że sobie poradziłem. To były lata dużych sukcesów klubu. W 2008 roku osiągnęliśmy najwyższe w historii, do dziś niepoprawione, 12. miejsce w ogólnopolskiej punktacji sportu dzieci i młodzieży. Jak na trzysekcyjny klub rywalizujący z krajowymi potęgami, to był rewelacyjny wynik.
Najmilej wspominam wyjazd do Kijowa na Mistrzostwa Europy w ciężarach. Nasza Olka Klejnowska pobiła wtedy rekord Europy - 220 kg w dwuboju! Do dziś wielu zawodniczkom trudno to powtórzyć. Znakomicie zaprezentowała się też trenująca w funkcjonującym przy klubie ośrodku przygotowań olimpijskich Agata Wróbel. To takie chwile, które zostają z człowiekiem na zawsze.
Za ważny moment swojej prezesury uznaję również doprowadzenie do podpisania umowy na sfinansowanie budowy nowej hali - bardzo ważnej inwestycji dla klubu. To było tuż przed końcem mojej kadencji.
W zarządzaniu sportem nie brakuje problemów. WLKS też na pewno przechodził trudne chwile.
- To prawda. Trzeba mierzyć się z oczekiwaniami zawodników i trenerów, którym bardzo trudno jest czasem sprostać, przede wszystkim pod względem finansowym. To rodzi konflikty, a te prowadzą nawet do rozstań z dużymi nazwiskami. Ale to nic nadzwyczajnego w tego rodzaju działalności. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że przeszliśmy dwa duże kryzysy.
Pierwszy był związany z budową nowej hali, której koszt musieliśmy pokryć w 50%. To były bardzo poważne zobowiązania. Powiem wprost: żeby nie zbankrutować, musieliśmy sprzedać stary obiekt, co spotkało się z dużą niechęcią, przede wszystkim środowiska ciężarowego, które miało tam znakomite warunki. Nie było jednak innego wyjścia. To była decyzja z gatunku „być albo nie być”.
Drugi kryzys przyszedł trzy lata temu. Zarząd musiał odwołać prezesa za działania niestatutowe. To jedyny taki przypadek w 50-letniej historii klubu. Straciliśmy wtedy sekcję ciężarów - kolebkę WLKS. Było naprawdę ciężko, ale się otrząsnęliśmy. Ruszyliśmy z nową sekcją - judo, a ciężary powoli się odbudowują.
Będzie miał kto dalej „ciągnąć ten wózek”? Nie jest tajemnicą, że większość działaczy WLKS jest już w słusznym wieku.
- To rzeczywiście problem. I nie chodzi tylko o działaczy, ale też o kierownictwo. Dyrektor Stefan Długosz pełni swoją funkcję nieprzerwanie od 1979 roku. Jego działania, zapobiegliwość i ukonstytuowanie się w wielu związkach sportowych są bardzo owocne dla WLKS. Jak nikt potrafi poruszać się w różnych obszarach, bez czego trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie klubu. Nie wychowaliśmy jak dotąd następców, a ci siłą rzeczy będą musieli się kiedyś pojawić. Mamy koncepcję, żeby zrobić to w sposób ewolucyjny - przyuczyć jedną, dwie osoby.
„Odmłodzenia” wymagają też działacze. Sam mam 75 lat i choć staram się jak najlepiej wykorzystywać swoje doświadczenie, czas mija nieubłaganie. Zakładam, że jest to moja ostatnia kadencja w Komisji Rewizyjnej. Musimy śmielej wprowadzać „młodą krew”.
Czego życzyć klubowi z okazji pięknego jubileuszu?
- W tej chwili stoimy na trzech nogach: zapasach, lekkoatletyce i judo. Dla pełnej stabilności potrzebna jest też czwarta w postaci podnoszenia ciężarów. To nasza tradycyjna dyscyplina, do której jednak obecne dzieciaki nie garną się zbyt chętnie. Liczymy jednak, że powoli odzyskamy blask na pomostach. Nie zaszkodzą też życzenia zdrowia i wytrwałości. Chcemy, żeby WLKS trwał i dalej się rozwijał.
Rozmawiał Paweł Świerczewski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze