Reklama

Siedlecki „doktor” skazany! Dwa lata więzienia po śmierci pacjentki

Jest wyrok w głośnej sprawie!

Siedlecki sąd skazał właściciela przychodni medycyny niekonwencjonalnej na 2 lata pozbawienia wolności za nieumyślne spowodowanie śmierci jednej z pacjentek i za narażenie kolejnej osoby na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

„Doktor” nie będzie mógł prowadzić działalności jako bioenergoterapeuta przez najbliższe 4 lata. Wyrok nie jest prawomocny. „Doktor” zapewne złoży apelację.

Sprawa toczyła się przed Sądem Rejonowym w Siedlcach ponad rok. Zawiadomienie złożyli mąż i siostra kobiety, która zmarła po leczeniu u siedleckiego doktora biomedycyny. Kilka lat temu prowadził biuro kredytowe, potem założył „klinikę” w Siedlcach. Razem z nim w przychodni medycyny niekonwencjonalnej pracują żona, córka i syn. Nie ma wzmianek, by którekolwiek z nich ukończyło medycynę.

Reklama

Teraz pisze o sobie, że jest „wybitnym znawcą z zakresu nowych kwantowych technologii stosowanych w medycynie” i „specjalistą w zakresie(...) biomedycyny oraz psychologii kwantowej”. Miał ukończyć medycynę energoinformacyjną w Moskwie i szkolić się tam m.in. z okulistyki i ginekologii. Chwali się, że pomógł setkom osób. Jak wynika z cennika na stronie firmy, diagnostyka kosztuje 600 zł, a pierwsza wizyta pary, która chce się wyleczyć z niepłodności – 1,2 tys. zł.

O sprawie pisaliśmy już 1,5 roku temu, gdy Prokuratura Okręgowa w Siedlcach wszczęła śledztwo w sprawie praktyki biodoktora. Zawiadomienie złożyli mąż i siostra kobiety, która zmarła po leczeniu w siedleckiej „klinice”.

Reklama

Przypomnijmy: pani Lidia i jej mąż Marcin niemal równocześnie dowiedzieli się, że chorują. Ona na nowotwór piersi, u niego zdiagnozowano guza nerki. Był sierpień 2017 toku. Pan Marcin miał umówiony zabieg w szpitalu, ale kiedy od znajomego usłyszał o „lekarzu” z Siedlec, który leczy wiele chorób, postanowił pojechać na konsultację.

– Podczas pierwszej konsultacji „doktor” powiedział im, że nie mają nowotworów – mówiła nam siostra Lidii. -  Że ona ma jedynie przewlekłą boreliozę, a on włosień spiralny otorbiony na nerce. Przekonywał: Dajcie spokój z tym rakiem. Siostrę wręcz wyśmiał, przekonał ją, żeby nie podejmowała leczenia onkologicznego, a szwagra, żeby zrezygnował z zaplanowanej operacji usunięcia nerki. Oboje nie podjęli leczenia za jego namową.

Reklama

Pełna traeść artykułu dostępna w papierowym i e-wydaniu „TS” nr 48. 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości