Reklama

Skazany na Siedlce

Jacek Zieliński - krakus, wokalista legendy polskiej muzyki rozrywkowej, zespołu „Skaldowie”. 40 lat temu poślubił siedlczankę Halinę. Żyli zawsze w osobliwym trójkącie: między Krakowem, Zakopanem a Siedlcami. Z początku widok popularnego artysty, spacerującego ulicami Siedlec, czy modlącego się podczas Triduum Paschalnego w katedrze, budził niemałą sensację. Potem wszyscy już się przyzwyczaili.

Najwcześniejsze wspomnienie Jacka Zielińskiego, związane z Siedlcami? Lato 1965 roku. To było jeszcze przed debiutem „Skaldów” na II Krakowskiej Giełdzie Piosenki w październiku 1965 r., gdzie zdobyli I miejsce za piosenkę „Moja czarownica” do słów Wiesława Dymnego. - Latem, po ukończonym liceum, jak to młodzi ludzie mają w zwyczaju, chciałem trochę popracować, zarobić parę złotych. Zatrudniłem się więc w orkiestrze Warszawskiego Okręgu Wojskowego „Desant”, której kierownikiem artystycznym był mój ojciec. Grałem tam na skrzypcach - opowiada Jacek Zieliński. Jeden z występów odbył się w siedleckiej jednostce wojskowej. To pierwsze zetknięcie wokalisty z naszym miastem było jednak bardzo powierzchowne, nie udało mu się wtedy zbyt wiele zobaczyć czy zwiedzić. Wizyta ograniczyła się wyłącznie do roli muzyka.

Ale jeszcze w tym samym roku poznał na studiach Halinę, dziewczynę z Siedlec. Zakochali się i wzięli ślub. Odtąd Jacek bywał tu częściej. Przez pewien czas nawet mieszkali u dziadków, rodziców Haliny, oczekując na własne wymarzone M. W Siedlcach urodził się syn Zielińskich, Bogumił. - Rodzice mojej żony mieszkali przy ul. Warszawskiej, skąd od Zalewu dzieliło nas już kilkadziesiąt metrów. Nie było tam jeszcze tej całej rozbudowanej dzielnicy domków jednorodzinnych, jaka jest dziś, tylko pola i przyjemny lasek sosnowy na piaskach - wspomina. - Pamiętam, że chodziliśmy tą drogą na spacery z dziećmi, na początku z wózkami, a potem, gdy już podrosły, na piechotę. Wypoczywaliśmy, opalaliśmy się i kąpaliśmy w Zalewie.

Co jeszcze pamięta Jacek Zieliński? Że Boże Narodzenia spędzali u mamy Jacka w Zakopanem, a na święta wielkanocne jeździli do rodziców do Siedlec. Tutaj, na wschodzie, poznawał trochę inny rodzaj kuchni świątecznej, inne potrawy niż te, które seniorka Zielińska, rodowita góralka z Zakopanego, serwowała na święta, zanim poznał swoją żonę.

Pan Jacek ma też śmieszne wspomnienia, związane z Siedlcami. - Czasem szliśmy sobie z żoną na plac koło Ratusza. Na samej górze tego ładnego budynku Jacek trzyma kulę ziemską. Żartowaliśmy, że ja też jestem Jacek i widocznie to ja, poprzez małżeństwo skazany na Siedlce, tak ją tam dźwigam... - śmieje się wokalista.

A czy w Siedlcach rodziły się jakieś zarysy, szkice lub pomysły na piosenki „Skaldów”? - Szkice na pewno - odpowiada artysta. - Na przykład do kilku kolęd z płyty „Moje Betlejem”. Pamiętam, że były, chociaż oczywiście zaczęły nabierać odpowiednich kształtów i zamieniać się w gotową formę dopiero wtedy, kiedy usiadłem do swojego pianina w Krakowie. Ale na pewno już tu chodziły mi po głowie jakieś nuty - dodaje.

W ostatnich latach Zielińscy rzadziej zaglądają do Siedlec. Rodzice Haliny już nie żyją. W okolicach Zalewu nadal mieszka siostra żony, jej córka z mężem i dzieci. Kiedy zespół przyjeżdża tu na koncerty, nie zapomina o miłych, stosownych dedykacjach dla najbliższych. O mieszkańcach Siedlec też. Każda publiczność lubi przecież, gdy artysta wyraża się z sympatią o ich rodzinnym mieście.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości