Reklama

Srebrny wiek, czarne chmury

Kiedy dowiedziałem się, że Konrad T. Lewandowski – wtedy nic jeszcze o autorze nie wiedziałem – napisał książkę, której akcja rozgrywa się w Liwie, Węgrowie i okolicach, ucieszyłem się niezmiernie. Uradowałem się tak bardzo, że w ciemno – po krótkiej telefonicznej rozmowie z wydawnictwem – zgodziłem się książkę przeczytać i coś o niej napisać.

Kilka dni później przesyłka wylądowała na moim redakcyjnym biurku. Otworzyłem kopertę i zrozumiałem, że mogą być kłopoty. Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili pomyślałem, że nie dam rady spełnić obietnicy i nie zmęczę tego obszernego, prawie 270 stron, dzieła pt. „Diabłu ogarek. Czarna Wierzba”.

O, JO, JOJ!
Pomyślałem, że nie sprostam lekturze, bo, nauczony doświadczeniem, nie mam zaufania do książek z lśniącymi, krzykliwymi okładkami. A z okładki książki Konrada T. Lewandowskiego spoglądał na mnie groźnie wąsaty szlachcic, zza którego wynurzała się jakaś zakapturzona, skąpana w piekielnym ogniu głowa. Myślałem, że nie dam radny, bo powieści historyczne – akcja powieści, jak dowiedziałem się z notki na ostatniej stronie, toczy się w 1639 r. – zawsze niezmiernie mnie nudziły. Uwielbiam historię i książki historyczne, ale, niestety, nie powieści. Od Kraszewskiego zawsze mnie odrzucało.

Pomyślałem, że jakoś się wykpię, bo przecież fantasy to zdecydowanie nie jest mój ulubiony gatunek. Wymyślona i nadprzyrodzona magia zupełnie mnie nie ruszają. Ani Tolkien, ani Sapkowski. Nie moje klimaty. Raz, owszem, zdarzyło się, że wciągnął mnie cykl „Ziemiomorze” Ursuli le Guin. Ale wiadomo - einmal ist keinmal.

I DZIEŃ PRZELECIAŁ
Ale cóż, słowo się rzekło. W piątek przy śniadaniu (tak, oczywiście, wiem, że czytanie przy jedzeniu to fatalny zwyczaj) zerknąłem na pierwszą stronę. Woźny trybunału w Liwie, Stanisław Jakub Lawendowski herbu Paprzyca (to pewnie ten groźny szlachcic z okładki) bezpardonowo rozprawiał się akurat z jakimś warchołem, który ociągał się z przyjęciem sądowego pozwu. „Znajdowali się pośrodku dzikich pól między Łukowem a Siedlcami…” Jak się później okazało, był to tylko prolog. Coś na zachętę w rodzaju filmów sensacyjnych. Później bieg wydarzeń nieco zwolnił, co pozwoliło autorowi pełniej pokazać swojego bohatera oraz kolorowe tło epoki. Ale już kilka stron dalej zaczęła zawiązywać się właściwa, wciągająca intryga.

Cóż tu kryć. „Diabłu ogarek” to dziełko podstępne i zdradzieckie. Zaczniesz czytać i już, człowieku, przepadłeś. Gdybym zawczasu wiedział, że Konrad T. Lewandowski to autor ponad dwudziestu książek, w tym pięciu powieści kryminalnych, cyklów opowiadań science fiction oraz cyklu fantasy, czyli jednym słowem, literacki fachura pełną gębą, podszedłbym do lektury czujniej, z większym respektem, a przede wszystkim nie zaczynał jej z rana, mając przed sobą dzień pełen zaplanowanych zajęć. A tak przepadłem z kopytami. Zanim się obejrzałem, było popołudnie: nieoddane na czas do redakcji teksty, zawalone terminy, telefony, o których zapomniałem… Tragedia całkowita. Takie rzeczy nie powinny się przydarzać poloniście. Do świata powróciłem dopiero po ostatnim zdaniu powieści: „Czerwony, demoniczny blask, bijący spod polskiej wody i ziemi, na moment rozjarzył się mocniej i bardziej złowrogo.” Niżej była jeszcze złowróżbna zapowiedź: „Koniec części pierwszej”.

W POSZUKIWANIU ZAGINIONEJ RÓWNOWAGI

Treści „Czarnej wierzby” streszczał nie będę, bo byłaby to zbrodnia równa zdradzeniu tego, kto zabił, w powieści kryminalnej. Dodam tylko, że oprócz opornych pozwanych, Lawendowski musi zmagać się również z czarcimi mocami, nierozważnie rozpętanymi przez nawiedzonych ignorantów. Na domiar złego, w okolicach Węgrowa pojawia się hiszpański inkwizytor i pewien podejrzany biskup z sąsiedniej diecezji. A z powodu nieporządku w zaświatach, zjawia się także nastoletnia Gotka, która mieszkała nad Liwcem kilkanaście wieków wcześniej. Przygód woźnemu Lawendowskiemu nie zabraknie.

W powieści historycznej fakty zgrabnie mieszają się z fantazją. Tak zwana ogólna wymowa dzieła też jest niegłupia: „Na ziemię Korony Polskiej złe jak dotąd wstępu nie miało. Wszyscy wiedzieli, że wszelaka inkwizycja za krótkie w Rzeczpospolitej miała ręce. Kraj niby katolicki, ale zawziętości religijnej jakby kto na granicy „wara” powiedział. Jakby wokół Korony wznosił się mur niewidzialny, za którym inkwizytorzy pokornieli (…) Tylko ojcowie jezuici czasem z pogardą przebąkiwali, że „Polska kraj letni”, czyli że bez stosów.” Póki w Polsce nie było inkwizytorskich zapędów i religijnej zawziętości, a szanowano różnorodność, nieźle się w niej działo. Zło się zaczęło, gdy naruszono równowagę.

DARIUSZ KUZIAK

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości