Obejrzałem niedzielną debatę z szybko narastającą irytacją, która doszła do takiego poziomu, że aż zastanawiam się nad sensem udziału w drugiej turze wyborów prezydenckich. Obaj kandydaci zrazili mnie do siebie miałkością wygłaszanych poglądów i manifestacyjnym partyjnictwem. Nieustanne odwoływanie się do tego, co zrobiła, bądź czego zaniechały PO i PiS rządząc, i co zrobił, lub czego zaniechał p. Kaczyński będąc premierem, a p. Komorowski jako szef MON, sugerują aż nadto wyraźnie, że sprawowanie urzędu przez obu panów będzie podporządkowane interesom ich politycznych mateczników. A przecież kompetencje i możliwości prezydenta są absolutnie inne, niż rządu! Odczytuję te zachowania, jako zapowiedź, że (NIESTETY!) żaden z nich nie będzie umiał, lub (co gorsza) nie będzie mógł być „prezydentem wszystkich Polaków”. Wszystkich będą reprezentować okazjonalnie o tyle, na ile nie będzie to szkodzić interesom ich partii.
Wyjątkowo mętnie obaj kandydaci odpowiadali na klarownie stawiane pytania dotyczące spraw światopoglądowych: stosunku do metody „in vitro”, legalizacji związków (nie małżeństw!) homoseksualnych oraz praktycznej realizacji zasady rozdziału Państwa i Kościoła. Najwyraźniej panowie czegoś się bali... Ale czego (kogo) mogą się bać w ponoć wolnym i świeckim kraju?
Ale to szczegół. Jest bowiem jeszcze jedna, o wiele ważniejsza kwestia: na co przyda się Polsce (w której jest pilna potrzeba odwagi i konsekwencji zainspirowania i przeprowadzenia kilku ważnych reform) prezydent lękający się jasno powiedzieć, co myśli i jak postąpi w bardzo konkretnej sytuacji? A obaj panowie byli tak mętni, że aż tacy sami. Było z nimi, jak z krokodylem, który tym różni się od samego siebie, że jest bardziej długi, niż zielony - długi jest od czubka nosa do końca ogona, a zielony jeszcze po bokach. Ale tak, czy inaczej pozostaje tym samym krokodylem...
Sztaby wyborcze obu kandydatów robiły „smaka” zapowiadając pojedynek gigantów. Niestety, nie było merytorycznego pojedynku i – jeszcze bardziej - nie było gigantów. Był typowy polski magiel polityczny, z którego nie wynikało nic więcej, niż wynika z pytlowania w parlamencie, czy mediach. Nie dowiedzieliśmy nic więcej, niż wiedzieliśmy do tej pory. I jeśli taka sama będzie debata środowa (a raczej trudno oczekiwać radykalnej zmiany na lepsze), to zamiast wybierać między wizjami Polski, wizjami prezydentury każdego z panów istotna część wyborców przed postawieniem krzyżyka na karcie wyborczej kolejny raz będzie dokonywać wyboru kierując się antypatiami, sympatiami lub nastrojem chwili.
Szkoda, wielka szkoda, że zanosi się na kolejną do bólu upartyjnioną prezydenturę. Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!