Reklama

Szpieg Szoguna

20/04/2010 10:20

Tłok. Ścisk. Jakieś sto osób, albo i więcej... Ciężkie słowa, a czasem i kuksańce dla usiłujących wepchać się do długachnej kolejki, czy to na „chama”, czy na „kumpla”. Nie było litości, bo stawka była zbyt wielka: japoński film samurajski „Szpieg Szoguna” - wielka rzadkości w polskich kinach.

Stałem w dobrym miejscu - w okolicach bramy, z której po seansach wychodziła publika. Ba, ale ja przyszedłem godzinę przed otwarciem kasy i wcale nie byłem pierwszy. O szesnastej sklejkowa zasłona okienka kasowego uniosła się i rozpoczęła się sprzedaż biletów - góra po dwa na głowę i nie było pomiłuj. Po odstaniu kolejnej pół godziny i ja kupiłem bilet i z nijakim trudem opuściłem duszną sień siedleckiego kina „Sojusz”. Mając jeszcze godzinę z „hakiem” do seansu zajrzałem do znajdującej się obok lodziarni i za ostatnie dwa złote, jakie zostały mi ze sprzedaży butelek (50 gr za flaszkę), kupiłem sobie loda w waflowej muszelce i siedząc na ławeczce smakowałem jego waniliową zimną słodycz. Na pół godziny przed seansem z niejaką wyższością stanąłem w grupie „zabiletowanych” widzów.
Wreszcie szczęknął odpinany łańcuch blokujący drzwi wejściowe do poczekalni - kolejka szczęśliwców ruszyła. Ja z nią. Jeszcze moment, jeszcze chwilka i niewysoka, ubrana w granatowy mundurek pani bileterka wzięła ode mnie bilet, ale nie przerwała go automatycznie, jak czyniła to z biletami moich poprzedników. Spojrzała na mnie czujnie i spytała:
- Ile masz lat?
- Szesnaście...
- Masz legitymację?
- Nie mam. Została w domu... - gorąc zaczął wypełniać moje wnętrzności...
- To leć po nią. Jak ją zobaczę - wpuszczę...
- Ale mieszkam daleko i nie zdążę! - zrobiłem minę psiny, której nielitościwy pan wyrywa z pyska pięknego ociekającego tłuszczykiem schaboszczaka...
- To następnym razem już będziesz pamiętał, żeby jej nie zapomnieć... A teraz zmykaj, tamujesz ruch... Zacisnąłem zęby i z opuszczoną głową popędziłem ku przechodniej bramie pozwalającej skrócić drogę z ówczesnej ulicy Świerczewskiego na ówczesną ulicę 1 Maja. Dalej nie dałem rady powstrzymać pieniącego się we mnie arcywybuchowego koktajlu żalu, bólu i wściekłości. Co będę ukrywał - rozryczałem się. I to jak! Aż we mnie wszystko „jekało” - jak mawiało się u mnie w domu. Świat zawalił się na moją czternastoletnią głowinę.
To zdarzenie przypomniało mi się, gdy przyglądałem się wybebeszanemu budynkowi kina „Sojusz”, w którym zacząłem moją edukację filmową ganiając na niedzielne poranki (godzinne projekcje filmów animowanych). Nigdy nie obejrzałem filmu „Szpieg Szoguna” i choć od opisanych wydarzeń minęło niemal 40 lat ciągle tego żałuję...
Boxer

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama