Tłok. Ścisk. Jakieś sto osób, albo i więcej... Ciężkie słowa, a czasem i kuksańce dla usiłujących wepchać się do długachnej kolejki, czy to na „chama”, czy na „kumpla”. Nie było litości, bo stawka była zbyt wielka: japoński film samurajski „Szpieg Szoguna” - wielka rzadkości w polskich kinach.
Stałem w dobrym miejscu - w okolicach bramy, z której po seansach wychodziła publika. Ba, ale ja przyszedłem godzinę przed otwarciem kasy i wcale nie byłem pierwszy. O szesnastej sklejkowa zasłona okienka kasowego uniosła się i rozpoczęła się sprzedaż biletów - góra po dwa na głowę i nie było pomiłuj. Po odstaniu kolejnej pół godziny i ja kupiłem bilet i z nijakim trudem opuściłem duszną sień siedleckiego kina „Sojusz”. Mając jeszcze godzinę z „hakiem” do seansu zajrzałem do znajdującej się obok lodziarni i za ostatnie dwa złote, jakie zostały mi ze sprzedaży butelek (50 gr za flaszkę), kupiłem sobie loda w waflowej muszelce i siedząc na ławeczce smakowałem jego waniliową zimną słodycz. Na pół godziny przed seansem z niejaką wyższością stanąłem w grupie „zabiletowanych” widzów.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!