Debata się odbyła i nie stało się nic nowego: to samo zaklinanie rzeczywistości. Dwaj główni kandydaci nie zdołali przekonać społeczeństwa, że wniosą coś nowego, ożywczego do sposobu sprawowania najwyższego urzędu w Państwie. Cały czas byli tak bardzo nijacy, tak mocno skrojeni do ram interesów własnych formacji, tacy miałcy, że aż, przepraszam, bezpłciowi. Gdyby wysłuchać zmodulowanych technicznie wypowiedzi któregoś z nich, bez możliwości oglądania twarzy, byłoby trudno domyśleć się, czyją myśl akurat słyszymy. Obaj posługiwali się tą samą wyborczą mową-trawą. Jeśli wygrałby p. Kaczyński, wszystko będzie po staremu, wedle pomysłu, jaki do tej pory realizował tragicznie zmarły brat, czyli grzęźnięcie w sfrustrowanej obstrukcji politycznej wobec pomysłów PO (dla zasady), promowanie tyleż nierealnej, co szkodliwej ekonomicznie idei Polski solidarnej (neosocjalizmu), a wszystko to podlane polityką historyczną dzielącą Polaków na „słusznych” i „niesłusznych” (pogłębienie procesu destrukcji społeczeństwa wedle kryteriów anachronicznych).
Z kolei zwycięstwo p. Komorowskiego da pełnię władzy Platformie Obywatelskiej, która to wcale nie pomoże w nader słabiutkim radzeniu sobie z kierowaniem sprawami państwowymi – co mówię tyleż ze smutkiem, co ze złością. Ba, zaryzykuję tezę, że ta wygrana obróci się przeciw rządowi p. Tuska, który nie będzie już mógł kryć swej bezradności za formułką: „nie zrobimy reform, bo prezydent i tak je zawetuje”. I rychło może się okazać, że nie obstrukcja prezydenta, a brak pomysłu na polskie bolączki, przypadłości i choroby jest głównym powodem braku bolesnego, acz nieuchronnego przeorania systemów służby zdrowia (łącznie z częściową jej prywatyzacją) i ubezpieczeń społecznych (łącznie z drastycznymi obostrzeniami zasad odchodzenia na wcześniejsze emerytury). Zgodnie i ze zdumiewającą konsekwencją zabiegając o skuteczne sprawowanie rządu dusz działacze PiS i PO usiłują przekonać społeczeństwo, że poza tymi formacjami „nie ma dla kraju zbawienia”, a każdy inny wybór oznaczać będzie, jeśli nie krach kraju, to na pewno głęboki kryzys. Może zatem nie byłoby źle, gdyby do gry wszedł ktoś trzeci, by prezydentem RP został „ten trzeci”, osoba spoza magicznego kręgu (by nie powiedzieć pętli). Kandydat, który będąc poza zasięgiem politycznej presji dominujących partii, który będąc wolnym od fobii i uprzedzeń dominujących naszą scenę polityczną, stałby się jej superarbitrem. Warto o tym pomyśleć przed ostateczną decyzją, któremu z ubiegających się o najwyższy urząd w Polsce dać swe poparcie. Od tej decyzji będzie wiele zależało. Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!