Wielokroć sprawcy polskiego rozdarcia apelowali o skończenie wojny polsko-polskiej i doprowadzenie do społecznego pojednania. Jednak społeczeństwo też nie jest już zdolne, by kolejny raz odwalić czarną robotę za rządzących. Tym bardziej jest ku temu nieskore, że Jarosław K. i Donald T. robią wiele, by naród w swej masie trwał w tej niezdolności, bo zamęt obu panom nie przeszkadza.
Pierwszy z nich zachowuje się tak, jakby miał już plan narodowego powstania, które zmiecie szczerze, po katolicku znienawidzone PO (a przy okazji przetrąci karki innym partiom) i powetuje mu cierpienia, spowodowane utratą władzy i brata. O sposobieniu się do wojny świadczy choćby wypychanie z PiS ludzi o umiarkowanych poglądach. W lejbgwardii mają zostać wojownicy tak mocno oddani liderowi, że niemający szans na jakikolwiek samodzielny byt polityczny. (Jarosław K. zachowuje się niczym Iwan Groźny, który ścinał bojarów, by nie mogli go zdradzić...) Z kolei Donald T. robi wrażenie, że rola celebryty na urzędzie premiera wystarcza mu w zupełności. Uważam, że bracia Kaczyńscy (wbrew ich woli) stali się wielkim błogosławieństwem dla PO. Zmarłego Prezydenta platformersi obciążali winą za własne zaniechania w reformowaniu kraju, zaś lider PiS, wykreowany na stracha na Polaków, pozwala PO dalej nie zajmować się sprawami ważnymi dla życia społecznego. Oj, źle to rokuje ambicjom Donalda T. zostania prezydentem, źle...
Profesor Radosław Markowski, przyglądając się Polsce, postawił tezę, że skoro brakuje autorytetów, zdolnych do pojednania ideologicznie zwaśnionych Polaków, a oni (czyli my) za mało robimy, by zasypać wilcze doły niechęci wzajemnej, to może sensownie byłoby po prostu usankcjonować stan rozdarcia, tworząc federację odrębnych mentalnie struktur: PiSlandię i POlandię. W ich obrębie każdy miałby to, co lubi; Pislandzianie (np.) szpitale, gdzie nie wolno byłoby dokonywać aborcji i państwo parawyznaniowe, zaś Polandowie (np.) in vitro, refundowane przez państwo i szkoły bez katechezy. Wizja nęcąca, bo wreszcie każdy miałby to, czego mu do szczęścia publicznego brakuje, lecz obarczona istotną niedoskonałością.
Zliczając słupki popularności dwu partyjnych hegemonów, widzimy, że opowiada się za nimi nieco ponad połowa Polaków. A co z resztą? Co z Polakami nieczującymi absolutnie żadnej potrzeby polubienia żadnego z hegemonów, bo uznają, że obaj są siebie warci? Gdzie, Panie Profesorze, ma się osiedlić ta część Polaków, myśląca niezależnie, która nie chce być przymuszana do popierania czy to PiS, czy PO, by nie dać się zapędzić do ich mentalnych kołchozów? Co z pragnącymi normalnej Polski!? Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!