Nasi samorządowcy: wójtowie, burmistrzowie i prezydenci, to najbardziej zapracowani ludzie w kraju. Tak przynajmniej można by sądzić po liczbie dni niewykorzystanego urlopu, na który, jak twierdzą nasi rozmówcy z regionu siedleckiego, nie wystarcza im czasu. Ale czy to jest do końca prawda? Czy niewykorzystane urlopy, za które z upływem kadencji przyjdzie wypłacać z lokalnych budżetów gminnych tysięczne ekwiwalenty, to brak czasu, czy nieumiejętne organizowanie sobie pracy przez naszych włodarzy?
W raporcie, który prezentujemy Państwu, można zapoznać się ze stanem „urlopowej superaty”, jaką ma duża grupa samorządowców. Okazuje się, że wśród wójtów i burmistrzów są tacy, którym zostało ze dwa tygodnie bieżącego urlopu albo jeszcze mniej, ale są też rekordziści, którzy mają wiele dni wolnych z lat poprzednich. Część świadomie łamie przepisy prawa pracy, nakładające na pracodawcę obowiązek dopilnowania wykorzystania urlopu z poprzedniego roku przez pracownika do 31 marca roku następnego. Przy końcu kadencji, część wójtów i burmistrzów, by wykorzystać przysługujące wolne dni, musiałaby na dwa miesiące zniknąć z urzędów. Jeden z burmistrzów stwierdził, że takie postępowanie przed wyborami byłoby strzałem we własną stopę.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!