Dobrze pamiętam, gdy do starej księgarni „Świt”, gdzie często zachodziłem, wszedł starszy, dystyngowany pan, który zamykając drzwi zdjął kapelusz i patrząc na mnie (jedynego klienta w nakryciu głowy), powiedział: „Trzeba zdjąć czapkę, gdy wchodzi się do świątyni mądrości”. Moja pilotka natychmiast powędrowała do kieszeni. I tak mi zostało do dziś...
Miałem to szczęście, że wzrastałem w czasie, gdy wokół mnie żyło jeszcze wielu ludzi wywodzących się z przedwojennej inteligencji. A była to sfera, do której przynależność wyznaczało nie tylko wykształcenie i zawód, ale także oczytanie, sprawność intelektualna, wrażliwość na sztukę oraz przestrzeganie kanonu zasad zachowania. Miałem to szczęście, że kilka takich osób odwiedzałem, rozmawiałem, słuchałem, patrzyłem i - mimowolnie oraz pouczany - uczyłem się dobrych nawyków.
Dziś młodzian, czy dziewoja z „kindersztubą” to rzadkość. Z jednej strony jest to wynik prymitywnie, bo dosłownie pojmowanego hasła epoki: „Róbta, co chceta!”. Z drugiej, skutek obojętności dorosłych na pleniące się chamstwo, a przede wszystkim rodziców nie zdolnych do wpojenia dzieciom minimum obyczajności. Te zaś - co widać i słychać - wzrastają w przeświadczeniu, że nie ma żadnych zasad, a jeśli nawet są jakieś, to ich nie dotyczą. Jest to - jak sądzę - pochodna powszechnej u nas tendencji do surowości ocen wobec zachowań innych i pobłażliwości wobec samych siebie.
Stara prawda głosi, że nikt nie rodzi się zły ani dobry - staje się jednym lub drugim w trakcie życia. Podobnie rzecz się ma z prostactwem; ono nie jest stanem „zadanym” z racji urodzenia. Prostactwo przyswaja się wzrastając w jego otoczeniu, ale można z niego wyjść, jeśli się bardzo chce. I nie idzie o jakąś bezdusznośc w przestrzeganiu etykiety, lecz o realną kulturę bycia. O posiadanie tzw. klasy w wymiarze minimum. A minimum klasy manifestuje się choćby tym, że nie idzie się na seans filmowy, a tym bardziej spektakl teatralny z kubkiem „Coli”, kartonem prażonej kukurydzy, czy torbyśnią innego śmieciowego żarełka. Na miłość Boską, kino, czy teatr, to nie to samo, co dworzec, gdzie nikogo nie razi widok pasażerów pojadających gdziekolwiek!
Ten zgryźliwy felieton dedykuję widzom - prostakom, którzy przynieśli ze sobą „zakąskę” na jedno z przedstawień „Klimakterium” inaugurującego działalność siedleckiej Nowej Sceny Teatralnej. Owszem, byli oni w mniejszości, ale jednak byli i bardzo rzucali się w oczy... Jestem pasjonatem teatru i często odwiedzam teatry w ościennych miastach, ale w żadnym nie widziałem tego, co w Siedlcach. Wstyd! Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!