Reklama

Siatkarski spokój

O polskich siatkarzy jestem spokojny. Nie całkiem spokojny, ale spokojny w stopniu wystarczającym. Spokojny na tyle, by w czasie meczu prasować koszule bez obawy, że przepalę którąś na wylot. Nie żebym od razu obstawiał dolary przeciwko orzechom, że wygrają. Albo był pewny, że nazajutrz po zakończeniu Igrzysk w Londynie, igrzysk, co się nam tak pięknie i z rozmachem rozpoczęły (wierzę, że pięknie, bo, szczerze mówiąc, przysnąłem), powitamy ich na Okęciu obwieszonych złotymi medalami. Tak pewny siebie (to znaczy pewny ich) nie jestem.

Jestem, powiedzmy, tak spokojny, jak spokojny mógł być kibic piłkarzy Hiszpanii przed ostatnim Euro. Trochę emocji, jak wiadomo, nie zawadzi. W sporcie wszystko może się zdarzyć i najlepszemu powinie się noga. Zawodnik, jak sama nazwa wskazuje, jest zawodny. W turnieju można mieć słabszy dzień.  Ale marzyć o olimpijskim siatkarskim złocie, pierwszym od tamtego, wydartego radzieckim, w Montrealu, można. Można i trzeba.

W siatkówce mamy w Polsce wszystko to, co mają Hiszpanie w piłce nożnej. Silną ligę krajową, zawodników grających w najlepszych klubach europejskich, inteligentną publiczność, historyczne sukcesy, spore pieniądze (choć zdaje się nie takie, jakie zainwestowano w orliki). Wszystko to sprawia, że kiedy polscy siatkarze jadą na mistrzostwa czy turniej olimpijski, nie musimy zadawać sobie żenującego pytania: czy wyjdą z grupy. Wyjdą. Złomoczą, kogo trzeba, i wyjdą. W ćwierćfinałach może być różnie, ale z grupy wyjdą.

Nawet kiedy w ostatni niedzielny wieczór przegrali pierwszy set z Włochami, spokojnie robiłem swoje, to znaczy prasowałem. Najpierw rękawki, potem resztę. Starannie i bez pośpiechu (tak ze trzy koszule na set). Zapas koszul do uprasowania zawczasu miałem na tę okoliczność odłożony.
Podczas Euro to było nie do pomyślenia. Człowiek od rana kombinował, jak się znieczulić, jak uleczyć się z ewentualnej piłkarskiej pomeczowej traumy. Jakie duchy przywołać i jakim bogom złożyć ofiarę, żeby tylko nie było kompromitacji. A i tak, kiedy przyszło co do czego – wszystko na nic. Dlatego w sierpniu zapominam o piłkarzach i przypominam sobie złote siatkarskie czasy. 

Kiedy grają siatkarze, nie ma potrzeby ogłaszać narodowego wzmożenia. Obejdzie się bez modłów o cud nad Wisłą. Zbędna będzie wiara w opatrzność oraz historyczne wspominki. Czy siatkarze w ogóle mają swoje Wembley? Nie będzie żadnej obrony Częstochowy. Będzie tylko precyzja. Odbiór Ignaczaka, wystawa Żygadły i atak Kurka z drugiej linii. Pozmiatane.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości