Reklama

Trucizna w poziomkach

O tym, że wielkiego księcia Konstantego otruto, podając mu truciznę w poziomkach, napisał w swoich wspomnieniach Michał Modzelewski. Wyczytałem o tym w „Wielkim Księciu” Jarosława Marka Rymkiewicza. Poziomki ze śmietaną (i z trucizną) podano księciu na deser. „Książę zjadł ze smakiem, ale zaraz potem dostał boleści i chwytając się za brzuch zaczął krzyczeć: >Otruto mię!<” – pisze Rymkiewicz, dodając lojalnie, że można w to wierzyć lub nie. Nawet jeśli była to tylko plotka – oficjalnie za przyczynę śmierci uważa się cholerę - to trzeba przyznać, że plotka dobrze zmyślona. Konstanty Pawłowicz Romanow zmarł 27 czerwca 1831 r.
O tej porze roku poziomek w lasach nie brakuje; ani 180 lat temu, ani dzisiaj. A poziomki ze śmietaną to, nikt nie zaprzeczy, deser prawdziwie książęcy. Niejeden by się skusił i zjadł ze smakiem.

Z polskiej historii wielki książę uszedł w fatalną listopadową noc, kiedy to spiskowcy w randze podchorążych nie znaleźli go w Belwederze. Przez następne pół roku, niepotrzebny ani Polakom, ani swojemu bratu, rosyjskiemu carowi, tułał się Konstanty po obrzeżach historii. W czasie bitwy pod Olszynką Grochowską podobno kibicował naszym, podśpiewując „Jeszcze Polska nie zginęła”. Taka to była przekorna rogata dusza, dusza potworna, cierpiąca, ale i cierpień swemu otoczeniu przysparzająca, dusza rosyjsko-polska albo już nawet polsko-rosyjska. Tak czy siak, odszedł w czasie poziomkowym.
W tej historii sprzed 180 lat najbardziej interesuje mnie połączenie poziomek z trucizną. Ta sama śmiertelna kombinacja powraca w „Kronice wypadków miłosnych” Tadeusza Konwickiego. Choć to już zupełnie całkiem prywatna powieść, bez historii i polityki. Udręczeni miłością nastolatkowie Alina i Witek, nie widząc przed sobą przyszłości, podają sobie truciznę.
– Mam to w opłatku – mówi Alina. - Ja ci przyniosłem w poziomkach – mówi Witek. Szczęśliwie, trucizny było za mało i ocaleli. Można też powiedzieć, że ocaliła ich miłość albo – mniej romantycznie – że ocaliło ich amatorstwo. Książę Konstanty nie miał tyle szczęścia. Intryganci na carskim dworze byli profesjonalistami, wiedzieli, jak dobierać środki i dawki.

Trucizna w poziomkach. Czy może być coś bardziej niewinnego, skoro ekwiwalentem jest trucizna w opłatku? Nie może. Poziomki to sezonowa kwintesencja delikatności. Struć się borowikami, jak Boski Klaudiusz w wierszu Herberta, tak, to o byłoby zrozumiałe: „grzyby esencja lasu stały się esencją śmierci”. Ale poziomki? Leśne poziomki? Oczywiście, że leśne! Te z ogródków nie mają aromatu…
Jeśli grzyby są esencją lasu, poziomki są esencją leśnej polany. Początek lata,  czerwcowy upał, zieleń drzew, krople słodkich poziomek, a przy każdej trzy postrzępione liście. Na leśnej polanie nie dzieje się nigdy nic złego. A nawet jeśli, całe gałgaństwo zaraz roztapia się w marzeniu. Kto nie wierzy, niech obejrzy „Tam, gdzie rosną poziomki” Bergmana. Niech wejdzie na poziomkową polanę, w krainę snów, wspomnień i minionych wydarzeń mijającego zbyt szybko życia. Dzisiaj takich filmów nie wyświetlają. Na żadnym kanale. Szczęśliwie są jeszcze czerwcowe leśne polany. Jeśli nie należymy do carskiej rodziny i mamy  za sobą rozterki zakochanych licealistów, rwijmy śmiało, poziomki nie muszą być trujące.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości