Trudno uwierzyć, że to już ćwierć wieku. Dom Pomocy Społecznej „Nad Stawami” w Siedlcach świętuje jubileusz 25-lecia. Choć jego historia zaczynała się w trudnych realiach administracyjnych i finansowych, dziś to miejsce, o którym zarówno mieszkańcy, jak i pracownicy mówią jednym słowem: dom.
– Początek był chaotyczny. Niby inwestycja trwała, ale nikt nie wiedział, co z nią dalej – wspomina Janusz Ginter, pierwszy dyrektor DPS-u. – Województwo siedleckie przestało istnieć w 1998 roku, a my zostaliśmy z tą budową „w spadku”. Miasto nie miało wtedy środków, ale prezydent Mirosław Szymanowicz powiedział: „Trzeba to jakoś dokończyć”.
Ginter został pełnomocnikiem prezydenta i – jak sam mówi – „na wariackich papierach” rozpoczęto uruchamianie placówki etapami. Pierwsi mieszkańcy pojawili się już w grudniu 2000 roku. Było ich 40, z nimi 27 pracowników. Pełne 100 miejsc udało się otworzyć dopiero dwa lata później, w grudniu 2002. Później przyszła nowelizacja ustawy – i limit 100 mieszkańców obowiązuje do dziś.
Placówka od początku działa jako dom mieszany – zarówno dla osób w podeszłym wieku, jak i przewlekle somatycznie chorych. Dziś zatrudnia 70 osób, z których znaczna część jest tu od lat. Codzienna opieka, rehabilitacja, pomoc terapeutyczna i praca socjalna to nie frazesy z broszury, tylko codzienność, w której liczy się czas, uważność i empatia.
– Nie da się tej pracy robić bez przekonania – mówi Maria Wierzejska, dyrektor domu od 2016 roku. – Mamy wielu ludzi, którzy zostali tu na całe zawodowe życie. Ale są też tacy, którzy odeszli – na przykład do lepiej płatnych instytucji, niestety. My staramy się dawać z siebie wszystko, niezależnie od warunków.
A te bywały różne. Jubileusze i setne urodziny mieszkańców to jedno, ale nie brakowało też dramatycznych momentów. Pożar w 2012 roku, podczas którego zginął jeden z mieszkańców, to jedna z najtrudniejszych kart w historii. Albo pandemia – o której dyrektor Wierzejska mówi wprost: „koszmar”.
– W 2020 roku ponad połowa mieszkańców i pracowników miała wynik dodatni. Zostaliśmy bez kadry medycznej. Sama zakładałam kombinezon i przez dwa tygodnie nie opuszczałam budynku. Tego nie zapomnę nigdy – przyznaje cicho.
Przez te lata dom miał czterech dyrektorów. Po Januszu Ginterze ster przejął Adam Kowalczuk, dziś dyrektor MOPS-u, potem przez krótki czas Sławomir Piotrowski, a od dziewięciu lat kieruje nim właśnie Maria Wierzejska – z wykształcenia pedagog, z doświadczenia wieloletnia urzędniczka i menedżerka pomocy społecznej i przede wszystkim pielęgniarka 24 lata w służbie zdrowia. Ale równie ważni, jak kadra zarządzająca, byli duszpasterze. Kapelani, którzy przez ćwierć wieku posługiwali w domu, często stawali się kimś więcej niż tylko księżmi. Obecny kapelan, ksiądz Piotr Oskroba, jest także fundatorem wielu elementów infrastruktury – w tym sceny, na której odbywają się wszystkie uroczystości.
– Ksiądz Piotr to nie tylko kapelan, ale i największy nasz darczyńca – mówi dyrektor Wierzejska. – Pomaga z serca i z głową. Właściwie wszystko, co tu zostaje, jest z myślą o mieszkańcach.
Przez te 25 lat przez DPS przewinęło się ponad 840 osób. Około 550 z nich odeszło „do Pana”, jak mówią pracownicy. I nie chodzi tu o język urzędowy, ale o zwykły, ludzki szacunek.
– Wielu z tych ludzi żegnaliśmy osobiście – mówi jedna z opiekunek. – Czasem bez rodziny, czasem z jedną osobą towarzyszącą. Ale zawsze ze świecą, modlitwą i ręką trzymaną do końca.
W DPS-ie bywały też momenty bardziej radosne – zdarzyło się kilka ślubów między mieszkańcami, wspólne wyjazdy na turnieje bocce, do Jarosławia, do Ostrołęki. Dzieci z przedszkoli i szkół odwiedzające pensjonariuszy, konkursy, śpiewy, teatr, wystawy – to wszystko stało się integralną częścią życia w „Domu Nad Stawami”.
– Tu się cały czas coś dzieje. Dom tętni życiem – mówi Maria Wierzejska. – I to nie tylko w folderach, ale naprawdę.
Uroczystości jubileuszowe rozpoczęły się Mszą Świętą w kaplicy domu, której przewodniczył biskup siedlecki Kazimierz Gurda. W swoim kazaniu przypomniał, że 25 lat temu powstało miejsce, które miało być nowym domem dla tych, którzy musieli opuścić dotychczasowe. Jak zaznaczył, św. Brat Albert – patron DPS-u – był idealnym opiekunem dla miejsca, gdzie najważniejsze są dom, godność i troska o człowieka.
Biskup podziękował wszystkim, którzy przyczynili się do powstania placówki – władzom miasta, projektantom i ludziom, którzy podjęli się tego zadania. Szczególne słowa skierował do pracowników: – Wasza praca ma sens, choć nie zawsze jest widoczna. To służba człowiekowi, a przez niego – Chrystusowi.
Zwrócił uwagę, że duchowy testament patrona domu – „być dobrym jak chleb” – nadal jest aktualny. – Chleb nie musi błyszczeć, ale ma karmić. Tak działa miłość bliźniego: cicho, konkretnie, z oddaniem.
Biskup podkreślił też, że mimo starości, choroby czy samotności, życie w DPS-ie nie traci sensu: – Nadzieja w Chrystusie nie zawodzi. On jest fundamentem, także tego domu.
Na jubileuszu nie zabrakło gości. Padły słowa uznania i gratulacje, ale całość utrzymano w tonie bardziej wspomnieniowym niż oficjalnym. Jakby wszyscy czuli, że DPS to nie instytucja, tylko rzeczywisty dom. Taki, w którym mieszka się na lata – czasem do końca. Były przemówienia, występy i jubileuszowy tort.
– Przez te wszystkie lata uczyliśmy się jednego: że tu chodzi o ludzi. Nie o tabelki i wskaźniki – mówi Janusz Ginter, dziś na emeryturze, ale obecny na uroczystości. – I jeśli to się udało utrzymać przez ćwierć wieku, to znaczy, że dobrze zaczęliśmy.
Zdjęcia: Aga Król i Tadeusz Czapski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze